
W ostatnią sobotę stycznia przy trzaskającym mrozie ruszyliśmy w dolinę Osławy, która stanowi granicę między Bieszczadami a Beskidem Niskim. Zanim dotarliśmy na miejsce mróz zelżał a słońce gwarantowało dobre widoki. W Szczawnem obejrzeliśmy XIX-wieczną drewnianą cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy z płytą zawierającą nazwiska wszystkich dawnych łemkowskich mieszkańców wsi. Na trasę grupa piechurów ruszyła spod pobliskiej stacji paliw, a narciarze przejechali na stok w Karlikowie. "Szwejkowski" czarny szlak wyprowadził nas na grzbiet Rzepedki. Dopóki nie osiągnęliśmy otwartego grzbietu brnęliśmy w głębokim śniegu. Inwersja temperaturowa wpłynęła na lepszą widoczność. Na północy mieliśmy całe pasmo Żurawinki, a z pierwszej kulminacji grzbietu między pobliską Suliłą a pasmem Chryszczatej ujrzeliśmy całe Bieszczady z Łopiennikiem i Borołem na pierwszym planie. Próby czasu nie wytrzymała platforma widokowa w dalszej części grzbietu, ale trudno się temu dziwić skoro już dwa lata temu była w opłakanym stanie. Kiedy dotarliśmy na zachodni kraniec grzbietu z Szerokiego Łanu otworzył się widok na pasmo pogórzy. Jak na dłoni ujrzeliśmy "nasze" góry: Królewską i Suchą. Żeby zobaczyć coś więcej na zachodzie musieliśmy się dostać na najwyższą w tej części Tokarnię (778). Połowa grupy zrezygnowała z tego wyzwania i zeszła do restauracji przy stoku. My gładko uporaliśmy się z zejściem w dolinę Płonki, ale podejście pod Tokarnię zabrało nam więcej czasu, bo zalegało tu znacznie więcej śniegu. Dopiero wyżej trafiliśmy na ubitą skuterami śnieżnymi trasę, więc przejście na zachodnią stronę Tokarni było łatwiejsze. Opłaciło się. Nawet teraz, tuż przed zachodem słońca, zobaczyliśmy daleko na zachodzie zarys Tatr Wysokich i Bielskich. Po tych emocjach nogi dużo szybciej zniosły nas do Karlikowa. Wyjazd umocnił nas w przekonaniu, że zimą też warto wędrować. Autorzy zdjęć: Krzysztof Szaro i Majka

To była nasza druga wyprawa w ten rejon. Kilka lat temu wskutek ulewnego deszczu nie wyszliśmy w trasę. Teraz też pogoda nie dopisała. Mimo nie najgorszych prognoz od rana siąpiło. Pierwszy przystanek wypadł nam w Kulasznem. Na cmentarzu, nad grobem Andrzeja Wasielewskiego zadumaliśmy się nad dramatycznymi kolejami losu króla bieszczadzkiej cyganerii zwanego Jędrkiem Połoniną, który ostatnie lata życia spędził tu w dolinie Osławy. W niedalekiej Komańczy obejrzeliśmy świątynie katolickie trzech obrządków. Najpierw weszliśmy do drewnianego kościoła rzymskokatolickiego p.w. św. Józefa wzniesionego tuż po wojnie. Później odwiedziliśmy cerkiew greckokatolicką z 1988 r. o oryginalnej bryle, będącej połączeniem drewnianej zabytkowej cerkwi z Dudyńców posadowionej na wysokim murowanym fundamencie. Na koniec obejrzeliśmy świeżo odbudowaną po pożarze drewnianą cerkiew prawosławną p.w. Opieki Matki Bożej w stylu wschodniołemkowskim. Na trasę ruszyliśmy w Wisłoku Górnym żółtym szlakiem. Powyżej domostw spotkaliśmy grzybiarza wracającego z lasu z koszem rydzów i jednym dorodnym borowikiem, więc zaczęliśmy się bacznie przyglądać poboczom drogi. W brzezinie na skraju lasu rosły czerwone kozaki, ale tylko te najmłodsze były zdrowe. Potem, głębiej w lesie trafiały się już tylko czerwone muchomory. Po niezbyt uciążliwym podejściu dołączyły z prawej znaki zielonego szlaku z Moszczańca i wkrótce potem stanęliśmy na szczycie Kanasiówki zwanej przez okolicznych mieszkańców Babą. To tutaj, na jej wschodnich stokach znajdują się źródliska potoczków tworzących trochę niżej Wisłok. Do pamiątkowego zdjęcia ustawiliśmy się na krzyżówce szlaków na polsko-słowackiej granicy. Teraz miało być już tylko z górki. Schodząc granicą w kierunku zachodnim mieliśmy po prawej ręce tereny źródliskowe innej polskiej rzeki wypływającej spod Kanasiówki - Jasiołki. Wkrótce szlak niebieski opuścił granicę i schodziliśmy do dawnej, dziś nie istniejącej wsi Jasiel. Z żalem opuściliśmy pełne małej architektury pole biwakowe. Gdyby nie pogoda zabawilibyśmy tu dłużej. Potem mijaliśmy kolejne pamiątki nawiązujące do burzliwych losów wsi w czasie II wojny światowej: pomnik kurierów AK, pomnik żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza, cerkwisko i cmentarz. Wreszcie bitą drogą doszliśmy do Woli Wyżnej, gdzie czekał autobus. W drodze powrotnej przystanęliśmy w Rymanowie Zdroju, by przespacerować się parkiem zdrojowym brzegiem rzeczki Tabor. To był ostatni tegoroczny wyjazd. Połowa października to właściwy czas, by sprzęt trekkingowy odłożyć do przeszłego roku.
Autorzy zdjęć: Marek Grodzki i Majka.

Passa dobrej pogody towarzyszyła nam i w pierwszy weekend października, kiedy pojechaliśmy w góry zachodniej Słowacji. Po drodze okrążyliśmy Tatry od południa podziwiając szczególnie wyniosły Krywań (2495), który w sierpniu zdobyliśmy. Na trasę po Górach Choczańskich ruszyliśmy w Prosieku kierując się w głąb wąwozu. Z każdym metrem wapienne ściany po obu stronach potoku stawały się wyższe a wąwóz ciaśniejszy, swoje apogeum osiągając w miejscu zwanym Vrata. Była to rzeczywiście brama do Prosieckiej doliny. Im wyżej podchodziliśmy doliną, ubywało wody w potoku Prosiečanka, aż w końcu zniknęła zupełnie. Wtedy zrozumieliśmy, że raczej nie ujrzymy największej osobliwości tego rejonu - wodospadu w rezerwacie Czerwone Piaski. Dwa miesiące bez opadów to wieczność dla terenu krasowego. Do rezerwatu jednak podeszliśmy, by zobaczyć skalną półkę otoczoną wyższymi skałami, z której zwykle spada woda. Podobnie było w końcowej, najwęższej części doliny. Szliśmy wyschniętym korytem potoku, pokonując kolejne drabiny, obok których nie sączyła się nawet kropelka wody. Na polanie Svorad odpoczęliśmy nieco dłużej podziwiając stoki Kubina i Prosečnego schodzące polanami do wsi Vel'ke Borove. W wysokich trawach kwitły jeszcze ostatnie zimowity. Po odpoczynku zaczęliśmy podejście najpierw polanami, później lasem na szczyt. W którymś momencie zeszliśmy ze szlaku, więc stromym stokiem "przechaszczowaliśmy" las aż osiągnęliśmy skalistą grań i szlak. Dawne polany pozarastały tak, że tylko w niektórych miejscach cokolwiek było widać. Po biwaku i pamiątkowych fotkach na skałach Prosečnego (1372) zeszliśmy lasem na polanę przełęczy Ostruky i do doliny potoku Borovianka. Tu okazało się, że Raztocky wodospad również wysechł. Na szczęście Kvacianka miała dość wody, żeby zabytkowe młyny w Oblazach mogły pracować. W tym niewielkim skansenie można ujrzeć jak nasi przodkowie zaprzęgali rzekę do roboty. Stąd Kvacianską doliną zeszliśmy do wsi Kvačany, gdzie czekał bus. Na nocleg i wyborną obiadokolację przejechaliśmy dolinami Wagu i Orawy do schroniska Chata Vratna w sercu Małej Fatry.
Nazajutrz po obfitym śniadaniu ruszyliśmy na Wielki Krywań (1709), najwyższy szczyt Małej Fatry. Tylko trójka pokonała całe podejście na piechotę. Zdecydowana większość skorzystała z kolejki gondolowej na Przełęcz Snilowską. Tu naszym oczom ukazała się północna część krywańskiej Małej Fatry: pasmo Krawiarskiego i Baraniarek na zachodzie, które mieliśmy tego dnia przejść, oraz na wschodzie północna część głównego grzbietu z Chlebem, Stohem oraz Wielkim i Małym Rozsutcem. Wyżej ze szczytu otworzył się widok na południową jego część z Małym Krywaniem, Stratencem i Suchym oraz tzw. luczańską Fatrę za Wagiem. Na wschodzie z morza mgieł wystawał Wielki Chocz i grzbiet Tatr Zachodnich. Po kontemplacji widoków i pamiątkowej fotografii ruszyliśmy ku przełęczy Chrapaky, gdzie odpoczęliśmy dłużej, osłonięci od podmuchów wiatru. Przed nami mieliśmy widok na dalszą część naszej trasy - biegnące idealnie ku północy pasmo złożone z trzech szczytów, rozdzielonych głębokimi przełęczami. Na Kraviarske (1381) podchodziliśmy ścieżką wzdłuż kosówki, która porasta wschodnie stoki szczytu, podczas gdy zachodnie są trawiaste. Za skalistym szczytem szliśmy wąską grzędą skalną z wychodniami. Podobnie wyglądały Baraniarky - trzeci szczyt pasma. Środkowe Žitne jest zalesione, podobnie jak głębokie przełęcze między szczytami. Podejście na Baraniarky było strome i skaliste. Trudne odcinki zabezpieczono łańcuchami. Ze szczytu doskonale widać było postrzępione granie Sokolia i Bobotów, które zamykają dostęp do doliny Vratna od Terchowej. Wąziutki przesmyk Tiesňavy to zaledwie szerokość szosy i potoku Varinka. Tędy po zejściu do Starego Dworu przejechaliśmy pod pomnik Janosika w Terchowej. Wracając słowami góralskiej pieśni sławiliśmy wysoki Krywań.
Autorzy zdjęć: Agata Gątarska, Lucyna Wrona, Marian Pałys i Majka

W połowie września przemierzyliśmy trasę z Rytra do Piwnicznej przez Kordowiec, Poczekaj i Niemcową. Tereny te pięknie opisała w swoich książkach dla dzieci "Rogaś z doliny Roztoki" i "Szkoła nad obłokami" Maria Kownacka, która w leśniczówce w Rytrze mieszkała w latach 1955-59. Na początek odwiedziliśmy w Rytrze Park Ekologiczny, by zapoznać się ze środowiskiem wodnym oraz podmokłym. Takich ekosystemów trudno szukać na górskich grzbietach. Na trasę ruszyliśmy szlakiem czerwonym z prawego brzegu potoku Roztoczanka. Drogą a potem ścieżką w górę doszliśmy do kapliczki nad osiedlem Padlówka. Tu odpoczęliśmy chwilę. Po drodze mieliśmy widok na dolinę Popradu i górujące nad nią na drugim brzegu ruiny XIII-wiecznego zamku w Rytrze. Po odpoczynku ruszyliśmy w górę stokiem Kordowca. Tuż przed wierzchołkiem przystanęliśmy przy gospodarstwie agroturystycznym "Szkoła pod obłokami". Nazwa nawiązuje do faktu, że w latach 1961-76 w budynku tym działała szkoła po likwidacji tej z Niemcowej, opisanej przez Marię Kownacką. Korzystając z odpowiedniej infrastruktury w postaci ławek i stołów, urządziliśmy tutaj dłuższy biwak. Po pamiątkowym zdjęciu ruszyliśmy w dalszą drogę. W tym czasie poranne mgły ustąpiły i zaczęło solidnie przygrzewać. W przysiółku Poczekaj tuż przy szlaku ujrzeliśmy kurną chatę babci Ludwiki Nowakowej. Pięknie stąd prezentowało się pasmo Jaworzyny Krynickiej Beskidu Sądeckiego od Makowicy po Pustą Wielką. Po krótkim, ale ostrym podejściu lasem, doszłiśmy do osiedla Niemcowa. To tu rozgrywała się akcja powieści Marii Kownackiej. Do naszych dni zostało jedno gospodarstwo czynne latem. Przy ścianie lasu natknęliśmy się na ruiny domu Nosalów i tablicę pamiątkową z nazwiskami 9 nauczycieli pracujących w "Szkole nad obłokami" w latach 1938-61. Szkołę w tym miejscu zlikwidowano, kiedy liczba dzieci spadła poniżej 20-tki. Wyżej za krzyżówką szlaków skręciliśmy ku "Chatce pod Niemcową". To jedno z ostatnich miejsc, gdzie można zanocować w stylu traperskim bez prądu elektrycznego i bieżącej wody. Ma ono niepowtarzalny klimat. Tu zabawiliśmy najdłużej. Nasi gimnazjaliści zagrali w siatkówkę, a reszta delektowała się spokojem i widokami. Z trudem opuszczaliśmy to gościnne miejsce. Teraz schodziliśmy drogą, którą przemierzył na nartach młody nauczyciel z Piwnicznej, jeden z bohaterów książki Kownackiej. Tu za Kamiennym Groniem natknął się w zamieci i zawiei na dwójkę swoich uczniów zdążających do szkoły. My bez problemu zeszliśmy do centrum Piwnicznej. Ostatnie chwile przed powrotem spędziliśmy w pijalni zdrojowej. Kosztując zdrowej "Piwniczanki" mieliśmy okazję obejrzeć obrazy malowane na szkle przez Ewę Skrzypiec, artystkę z Nowego Sącza.
Autorzy zdjęć: Natalia Brodowska, Elżbieta Guzik, Marek Grodzki i Majka

Początek września znów uraczył nas letnim upałem. Cieszyliśmy się w dwójnasób, bo czekał nas wyjazd na połoniny Zakarpacia. Wejście na Połoninę Borżawę rozpoczęliśmy we wsi Filipiec u podnóża Gimby. Nie skorzystaliśmy z wyciągu, lecz skierowaliśmy się płajem, brzegiem rzeczki Płaszankowa, by rzucić okiem na wodospad Szypot. Po stromym podejściu lasem i stokami połoniny osiągnęliśmy rozległe siodło między grzbietem Magury Żydowskiej a masywem Wielkiego Wierchu. Tu odpoczęliśmy dłużej, przegryźli kanapki i nacieszyli oczy widokiem chmur wędrujących nad połoninami. Na podejściu wyżej otworzyły się wspaniałe widoki na odchodzący ku południowemu zachodowi główny grzbiet połoniny z najwyższym szczytem Stójem (1681). Podchodząc na Wielki Wierch (1598) podziwialiśmy jego stoki przebarwiające się czerwienią starych borówczysk i ciemną zielenią roślin świeżo odrośniętych po częstych w tym masywie pożarach. Ze szczytu uciekaliśmy szybko, bo wiatr tu duł nieznośnie. Szliśmy teraz w kierunku północno zachodnim ku wyniosłemu Temnatykowi (1349). Na stacji meteorologicznej na Płaju (1330) uzupełniliśmy zapasy wody. Podchodząc na Temnatyk dostrzegliśmy płonącą połoninę na stokach Wielkiego Wierchu. Ogień szedł z południowej strony od ściany lasu. Zapytany zbieracz brusznicy odpowiedział, że to turyści zaprószają ogień. Obecność turystów tak nisko, praktycznie poza połoniną wydawała się jednak wątpliwa. Na Temnatyku czekała nas niespodzianka: na kwiatkach goryczuszki wczesnej siedział paź królowej walcząc z porywami wiatru, który chciał go unieść. Zejście ze szczytu do łatwych nie należało. Ścieżka granią biegła między wychodniami skalnymi z kilkoma bardzo stromymi fragmentami. Ostatni dłuższy przystanek urządziliśmy pod gigantycznym krzyżem, skąd podziwialiśmy panoramę Wołowca w dolinie Wieczy. Ścieżkę lasem co rusz tarasowały wiatrołomy, na które najlepszym środkiem byłby sok z gumijagód (sic!). Bez niego, noga za nogą, dotarliśmy na miejsce noclegu. W niedzielę zaraz po obfitym śniadaniu przejechaliśmy najpierw do doliny Latorycy, a stąd wjechaliśmy w dolinę Żdenówki. Na masyw Ostrej Hory (1405) ruszyliśmy za wsią Paszkowice płajem mocno rozjeżdżonym zwózką drewna. Na pniach drzew towarzyszyły nam znaki żółto-niebieskie w narodowych ukraińskich barwach. Podchodząc raczyliśmy się jeżynami mocno już dojrzałymi i spoglądaliśmy za siebie na doskonale stąd widoczny Pikuj z fragmentem grzbietu ukraińskich Bieszczadów. Na polanie Polaniszcze po raz pierwszy nad lasem ukazała się nam połonina Ostrej Hory. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy znów lasem, by po jakimś czasie osiągnąć trawiastą przestrzeń. Na południowym zachodzie pojawiła się ogromna Połonina Równa z widocznymi dawnymi betonowymi umocnieniami wojskowymi. Tuż przed pierwszą kulminacją Ostrej Hory dostrzegliśmy na zachodzie masyw Lutańskiej Holicy, a na wschodzie i ku północy całe pasmo Pikuja aż po Drohobycki Kamień za Starostyną. Po zejściu i krótkim podejściu osiągnęliśmy drugą, właściwą kulminację szczytu. Tu zasiedliśmy na dłużej, biwakując i zapoznając się z panoramą. Na północnym zachodzie majaczyły na horyzoncie nasze Bieszczady od Kińczyka Bukowskiego po Tarnicę. Dużo bliżej w dole bielała cerkiew w Roztoce Dużej, gdzie mieliśmy zejść. Po pamiątkowej fotce na szczycie Ostrej Hory schodziliśmy przez mocno zarośnięty jałowcem grzbiet Munczeła (1327). Po półgodzinnym "haszczowaniu" weszliśmy znów na wydeptaną ścieżkę - okazało się, że ta trawersowała szczyt po północnej stronie. Stąd już bez przeszkód zeszliśmy do wsi, gdzie czekał autokar. Przed powrotem wymoczyliśmy jeszcze strudzone nogi w potoku Żdenówka i skosztowali gruszek kręglic, które dostaliśmy od miejscowego gospodarza. Pełni wrażeń i niesamowitych widoków na ukraińskie i polskie Bieszczady wracaliśmy przez Użok. ku granicy.
Autorzy zdjęć: Aneta Pomianek, Marek Grodzki, Robert Jarosz i Majka

Ostatnią sobotę sierpnia spędziliśmy w słowackich Tatrach Wysokich. Naszym celem był Krywań (2495) - narodowa góra Słowaków. Umieszczono go w hymnie Słowacji i na monetach, jest obecny w kulturze ludowej Liptowa i Podhala. Poranny upał i mgły zapowiadały piękną pogodę. Jak się okazało nasze prognozy były trafne – słońce mocno przygrzewało przez cały dzień. Z Trzech Źródeł, po szybkim „desancie” z autokaru, wyruszyliśmy na trasę. Początkowo szlak wiódł przez las, który później ustąpił miejsca kosówce. Kotlinę Liptowską za nami skrywały mgły, lecz wyraźna, masywna sylwetka Krywania prezentowała się okazale w słońcu. Odkąd wyszliśmy ponad granicę lasu, jego widok nie znikał nam z oczu. Do Żlebu pod Krywaniem podejście nie sprawiło nam większych technicznych trudności, lecz wyżej warunki nieco się zmieniły, przybyło żwiru i rumoszu skalnego. Po krótkim odpoczynku na Małym Krywaniu podjęliśmy atak szczytowy na sam Krywań. Kąt nachylenia stoku i struktura skał sprawiła, że w niektórych miejscach musieliśmy wspinać się „na czworaka”. Dodatkowym utrudnieniem były widoczne już z daleka tłumy turystów, które w miarę podchodzenia mijaliśmy, co spowalniało ruch i zmuszało do większej ostrożności. Widoki, jakie zastaliśmy na szczycie zrekompensowały nam wszelkie niedogodności na trasie. Na wschodzie dostrzegliśmy z łatwością Wielkie Solisko, Szatana czy Gerlach. Natomiast na północy malowały się wyraźne sylwetki polskiej części Tatr: Czerwonych Wierchów, Giewontu, Kasprowego Wierchu z górną stacją kolejki, Świnicy, Orlej Perci czy Rysów. W taką pogodę i wśród takich widoków można siedzieć cały dzień. No może… bez masy turystów obok. Z ich powodu pamiątkowe zdjęcie na szczycie na tle krzyża z dwoma ramionami (znak niepodległości Słowacji), udało się zrobić dopiero drugiej części naszej grupy, która weszła na Krywań trochę później. Natomiast każdy z nas dostał pamiątkową plakietkę z pieczątką od słowackich żołnierzy, którzy tego dnia mieli zlot na szczycie Krywania. Pozytywnie „naładowani” pięknymi widokami tatrzańskich szczytów schodziliśmy w dobrych nastrojach w stronę Jamskiego Stawu. Nieopodal jeziora weszliśmy na część Tatrzańskiej Magistrali, zwanej Wyżnim Podkrywańskim Chodnikiem i przyjemnym spacerem w popołudniowym słońcu dotarliśmy nad Szczyrbskie Jezioro, gdzie wypadł koniec naszej wędrówki.
Tekst Małgorzata Jachym
Autorzy zdjęć: Natalia Brodowska, Małgorzata Jachym, Jacek Ratajczak i Majka

Tym razem odwiedziliśmy Bieszczady latem i wybór terminu nie był przypadkowy, ale o tym później. Po tradycyjnej już wizycie w "Słodkim domku" w Lesku udaliśmy się do Hoczwi. Tu odwiedziliśmy dom-galerię znanego bieszczadzkiego artysty-rzeźbiarza Zdzisława Pękalskiego. Gospodarz zaprezentował nam na początek swoją imponującą kolekcję kapliczek, wśród których największe wrażenie zrobiła na nas kapliczka MB Studziennej i MB Kamiennej. Później zasiedliśmy w pełnej dzieł artysty piwnicy. Ze ścian spoglądały na nas twarze Madonn, frasobliwych Jezusów, aniołów i świętych, a Pan Zdzisław zabrał nas w świat swoich fascynacji artystycznych. Duże zainteresowanie wzbudziła jego opowieść o początkach swoich wędrówek po Bieszczadach i okresie, kiedy trudnił się łapaniem żmij. Po spotkaniu był czas na zakup albumów z reprodukcjami prac artysty oraz fotki w objęciach anioła lub diabła. Po pamiątkowym zdjęciu z gospodarzem przy kapliczce MB Studziennej udaliśmy się w dalszą drogę. Przez Cisną przejechaliśmy do Kalnicy w dolinie Wetlinki, gdzie ruszyliśmy na trasę przejścia. W pełnym słońcu i mocno rozgrzanym powietrzu szliśmy szutrową drogą brzegiem Wetlinki. Otaczały nas z lewej wzgórza pasma Falowej, a z prawej za rzeką wyniosłe stoki Krysowej. Sama droga okolona była wysokimi zaroślami rudbekii nagiej. Kiedyś roślina ta kwitła przy domostwach bojkowskich nieistniejących dziś wsi Jaworzec, Łuh i Zawój, dziś, zdziczała, tworzy barwne kobierce w całej dolinie. Kiedy przekroczyliśmy granice rezerwatu "Sine Wiry" niebo zachmurzyło się nagle i lunęło prosto z nieba. Przeczekaliśmy najgorsze w okrągłej wiacie. Kiedy znów wyjrzało słońce zeszliśmy na brzeg Wetlinki w miejscu, gdzie ta tworzy malowniczy przełom pod stokiem Szczyciska. Pomoczyliśmy nogi w jej bystrym nurcie, odpoczęli trochę i ruszyliśmy dalej, by zobaczyć miejsce, gdzie w 1980 roku zeszło ze stoków Połomy ogromne osuwisko, przegradzając rzekę i tworząc powyżej dość spore jeziorko. Po Szmaragdowym Jeziorku nic dziś nie zostało, a miejsce osuwiska rozpoznać można po ogromnych skałach w korycie rzeki. Jeszcze raz dogoniła nas przelotna burza w drodze do autobusu. Później już z jego okien podziwialiśmy Jezioro Solińskie i pełne gości miejscowości letniskowe nad jego brzegami. Ostatni przestanek wypadł nam w Ośrodku Caritasu w Myczkowcach, gdzie zwiedziliśmy Ogród Biblijny. To ciekawa forma przybliżenia pewnych zdarzeń ze Starego i Nowego Testamentu przez pryzmat symbolicznych rzeźb i form architektonicznych wbudowanych w rośliny typowe dla Ziemi Świętej i akwenu Morza Śródziemnego. To chyba najlepsza forma ewangelizacji, z jaką się zetknęliśmy. Wybierając termin musieliśmy zawitać tu wtedy, kiedy większość roślin będzie w ogrodzie rosnąć. Jesienią donice z roślinami przenoszone są do wnętrza kościoła zimą ogrzewanego.
Autorzy zdjęć: Michał Urbanek i Majka

Początkiem sierpnia, jak co roku wyruszyliśmy do Rumunii. Tym razem naszym celem było najwyższe pasmo - Góry Fogaraskie. 2 sierpnia, żegnani ulewnym deszczem zapakowaliśmy się do busa i skierowaliśmy w stronę Barwinka, który otwierał przed nami bramę przygody. Nocna jazda minęła spokojnie, w Rumunii przywitał nas rześki, słoneczny poranek. Pierwszym przystankiem było miasto Sybin (Sibiu), zwane "Krakowem Transylwanii". Z ochotą spacerowaliśmy po pięknym rynku i malowniczych uliczkach, podziwiając ciekawe detale architektoniczne kamieniczek - gzymsy, portale okienne i okna dachowe, tzw. "oczy miasta". Przeszliśmy przez Most Kłamców przy Piata Mica (Mały Rynek) - legenda głosi, że jeśli przejdzie po nim kłamca - most się zawali. Dla nas ta próba okazała się szczęśliwa. Spacerem przez Pasaż Schodów (Pasajul scarilor) wróciliśmy Dolnym Miastem na rynek, by w cieniu parasoli napić się kawy i posłuchać gwaru ulic. Kolejny etap wyprawy - przejazd szosą transfogaraską, zrobił ogromne wrażenie szczególnie na tych, którzy byli tam po raz pierwszy. Nad jeziorem Balea Lac (największy staw polodowcowy w Fogaraszach, położony na wysokości 2030 m) przepakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na trasę, która tego dnia miała prowadzić przez szczyty Paltinului (2399 m) i Laitel (2390 m) nad jezioro Caltun. W trakcie wędrówki dołączył do nas rumuński pies, który odgrywał niejako rolę naszego przewodnika. Po kilku godzinach marszu pod górę i w dół dotarliśmy do celu - rozbiliśmy obóz nad jeziorem Caltun. Z jego brzegu można podziwiać ciekawe widoki z dominującym szczytem Caltun Lespezi (2517 m), który opada w stronę stawu imponującymi, prawie 400-metrowymi ścianami skalnymi. Chłodna noc minęła szybko, bardziej zaspanych obudziła poranna toaleta w zimnym górskim strumieniu. Po śniadaniu zwinęliśmy obóz, by tym razem wspiąć się na Negoiu (2535 m), drugi co do wysokości szczyt Gór Fogaraskich, i zarazem Rumunii. Nasz pies gdzieś zniknął, lecz na jego miejsce pojawił się inny, który spędził z nami kolejne 2 dni w górach. Przejście Strungą Dracului (Żleb Drakuli, Diabelski Przechód) okazało się dla nas niemożliwe z powodu zbyt dużych plecaków, dlatego ominęliśmy żleb przez przełęcz Strunga Doamnei - nieco łatwiejszy odcinek, jednak również wymagający. Po krótkim odpoczynku czekało nas ostatnie podejście - i w końcu stanęliśmy na szczycie zacnego Negoiu. Widoki, jakie nas czekały były oszałamiające - morze chmur co rusz odsłaniało któryś z fogaraskich grzbietów, inny skrywając w swych odmętach. Dłuższą chwilę chłonęliśmy te widoki, robiąc zdjęcia lub dumając nad potęgą i pięknem gór.. Z powodu niezbyt optymistycznych prognoz pogody zmieniliśmy nieco plany i zamiast wejść na szczyt Serbota (2331 m) postanowiliśmy zejść na nocleg do schroniska Cabana Negoiu. Mieliśmy do pokonania ok. 1000 m różnicy poziomów, co dało nam się we znaki, głównie w czasie schodzenia po skałach i żwirowych ścieżkach. W trakcie zejścia towarzyszyło nam popołudniowe słońce, dlatego wszyscy z ochotą oddawali się kąpieli w jego ciepłych promieniach podczas chwil odpoczynku. Skutki tego niektórzy odczuli następnego dnia, prezentując różny odcień skóry od różowego po piękny brąz. W drodze nieustannie towarzyszył nam widok dachu Cabana Negoiu, co pozwalało ocenić jak szybko zbliżamy się do celu wędrówki tego dnia. Na ostatnim odcinku szlaku napotkaliśmy zbudowane ku wygodzie turystów ułatwienia - poręcze, liny, mostki - które, wraz z rzeźbą terenu, pozwoliły nam poczuć się jak w Słowackim Raju. Schronisko Negoiu wznosi się na polanie Muchia Serbota na wysokości 1546 m n.p.m. i jest najstarszym w Fogaraszach. Pierwsze zbudowano tu w 1881 r., by ułatwić turystom zdobycie Negoiu, który wówczas uważany był za najwyższy szczyt Karpat Południowych. Po dotarciu na miejsce, miłośnicy bursztynowego płynu oddali się tej chłodnej przyjemności z rozmarzeniem spoglądając w stronę szczytu, skąd przed chwilą zeszliśmy… Po krótkich pertraktacjach z obsługą schroniska we wszystkich znanych nam językach, od rumuńskiego, przez angielski, niemiecki po francuski wynajęliśmy 3 ostatnie pokoje, uzyskując na dodatek pewien rabat. Po szybkim, gorącym prysznicu i kolacji usiedliśmy w barze, rozmawiając o wrażeniach minionego dnia. Gdzieś w oddali niebo rozjaśniały błyski, lecz deszcz nas ominął. Rankiem zbudziły nas dźwięki dzwonków, uwieszone na szyjach osiołków, które zawitały pod schronisko. Po śniadaniu spakowaliśmy plecaki, sprawdziliśmy trasę u pracownika Salvamontu (odpowiednik naszego GOPR-u) i ciepło pożegnani przez szefową obsługi Cabany (wbrew przestrogom spotkanych na miejscu Polaków, okazała się wobec nas bardzo przyjazna) wyruszyliśmy na kolejny dzień wędrówki. Tym razem czekało nas dość spore podejście na przełęcz Saua Scarii (2146 m), zdobycie szczytu Scara (2306 m) i zejście nad jezioro Avrig (2007 m). Pogoda była słoneczna, lecz dość parna - obawa deszczu wisiała w powietrzu, dodatkowo z tyłu towarzyszyły nam mgły, jakby zacierając ślady naszej wędrówki… Po zaczerpnięciu wody ze strumienia i krótkim odpoczynku ruszyliśmy w stronę głównej grani Fogaraszy. Po wejściu na nią, mgła już na nas czekała. Na szczycie Scara (2306 m) był czas na pamiątkowe zdjęcia i rozmowy ze spotkanymi tam turystami m.in. z Niemiec i Holandii. Panoramę ze szczytu niestety musieliśmy sobie wyobrazić, lecz chwilę później jezioro Avrig zastaliśmy już skąpane w popołudniowym słońcu. Wcześniej jednak musieliśmy pokonać szereg trudnych skalnych przejść, nie obyło się bez ostrożnego stawiania stóp i "przytulania się" do skał. Po rozbiciu namiotów, część grupy wraz z naszym czworonożnym "przewodnikiem" postanowiła zdobyć Budislavu (2343 m), ostatni wysoki szczyt G. Fogaraskich na zachodzie, pozostali oddali się relaksowi nad spokojną taflą jeziora. Jest to jeden z najpiękniejszych górskich stawów, ze względu na bezpośrednią bliskość niemal 400-metrowych skalnych ścian i brak ludzi, co dodaje mu specyficznego uroku. Po powrocie ekipy zdobywców Budislavu, nadszedł czas na "nocne Polaków rozmowy", które jednak nie trwały długo, gdyż pobudkę następnego dnia zaplanowaliśmy na 5.30. Ostatni ranek przywitał nas słońcem. Możliwość budzenia się w tak pięknej górskiej scenerii za każdym razem jest niesamowitym przeżyciem… Po śniadaniu zwinęliśmy obóz i wyruszyliśmy w drogę, co jakiś czas odwracając się, by "zabrać" ze sobą choć kawałek gór… Schodząc zamieniliśmy kilka słów z ciobanen (pasterzem pilnującym stada owiec), po czym dalej kierowaliśmy się w stronę Cabana Barcaciu. Przy schronisku był czas na chwilę wytchnienia i posiłek. Tu też przyszło rozstać się z naszym psem - powędrował z powrotem w góry z inną grupą turystów. Do dziś towarzyszy nam uczucie, że te psy spełniają swoistą przewodnicką rolę, pilnując turystów i prowadząc ich po szlakach… Ciągle schodząc w dół minęliśmy Cabana Poiana Neamtului, które okazało się bardziej pensjonatem niż schroniskiem. Po ok. 4 km "spaceru" szutrową drogą wzdłuż rzeki Raul Mare, nad którą rumuńskie rodziny oddawały się weekendowemu wypoczynkowi - dotarliśmy w miejsce, gdzie czekał nasz bus. Po orzeźwiającej kąpieli w rzece i przepakowaniu bagaży, ruszyliśmy w stronę Axente Sever, gdzie obejrzeliśmy monumentalną warowną twierdzę. Ostatnim punktem podróży miał być warowny kościół w Valea Viilor. Jest to jeden z najcenniejszych kościołów warownych Siedmiogrodu, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Prawie każdy element architektury został przystosowany do celów obronnych. Na dowód tego, niemiecka inskrypcja umieszczona na tablicy we wnętrzu brzmi: " Ein faster Burg is unser Gott", tzn. " Solidna twierdza jest naszym Bogiem". Nocleg znaleźliśmy na polu namiotowym obok stawów rybnych w drodze do Oradei. Znów usiedliśmy wszyscy razem, rozmawiając o przebytych szlakach, zdobytych szczytach, pięknych widokach… W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w węgierskim Tokaju na krótki spacer po rynku i ewentualny zakup tamtejszego wina, po czym wróciliśmy do kraju i codzienności…
Tekst: Małgorzata Jachym
Autorzy zdjęć: Janek Bury, Małgorzata Jachym, Teresa Pięta, Szymek Salwa, Majka Zamorska i Aldona Ziobro.

Nie rozpieszczał nas tegoroczny lipiec ładną pogodą. Gwałtowne i obfite deszcze od połowy miesiąca u nas i na Słowacji spowodowały zamknięcie większości tras poprowadzonych przez rokliny, czyli wąwozy, Słowackiego Raju. Wyjazd musieliśmy przesunąć na koniec miesiąca, choć prognozy w dalszym ciągu nie były optymistyczne. Sobotni ranek wstał dżdżysty i deszcz towarzyszył nam przez całą trasę przejazdu aż do spiskiego Kieżmarku. Tam obejrzeliśmy dwa kościoły ewangelickie, z których ten starszy, artykularny jest przecudnej urody zabytkiem. Powstał w 1717 r. z drewna bez użycia gwoździ w przeciągu roku, z funduszy zebranych wśród protestantów m.in. Skandynawii i Saksonii. Jego wnętrze zachwyca bogatym barokowym wystrojem i barwnymi malowidłami stropów, ścian i empor. Obejrzeliśmy też nowy kościół wziętego wiedeńskiego architekta Theofila von Hansena w stylu neobizantyjsko-mauretańskim z mauzoleum Imre Thököly'ego - węgierskiego bohatera narodowego, pana na Kieżmarku w XVII wieku. Kiedy przejeżdżaliśmy do Spiskich Tomaszowic wyraźnie się rozpogodziło. W leciutkiej mżawce ruszyliśmy na trasę. Mimo, że ze skalnej półki Tomaszowskiego Vyhl'adu widać było jedynie przełom Hornadu, to miejsce i tak zrobiło na wszystkich wielkie wrażenie. Do planowanej Sokolej doliny nie poszliśmy, bo jeszcze nie całkiem ją uporządkowano po niedawnych opadach. Podeszliśmy za to na polanę Klasztorisko, gdzie w barze zjedliśmy słowacki specjał "wyprażeny syr" i ruszyliśmy do wąwozu Velky Kysel. Dnem wąwozu dało się przejść jedynie z kamienia na kamień - zbyt dużo było wody w potoku. Za to tak duża ilość wody wyraźnie przysłużyła się trzem pięknym wodospadom: Machowemu, Obrońców Przyrody i W Barykadzie. Po raz pierwszy wyglądały naprawdę imponująco. Z płaskowyżu Glac zeszliśmy do Podlesoka, gdzie czekał autokar. Mimo, że w trakcie wycieczki ani razu nie rozbłysło słońce, to i tak większość uczestników uznała wyjazd za udany.
Tekst i zdjęcia: Majka
Weekend w dniach 9-10 lipca spędziliśmy na Lubelszczyźnie. W drodze przystanęliśmy w Jacentowie nieopodal Opatowa, by przyjrzeć się klasycystycznemu pałacowi projektu Edwarda Zakrzewskiego. Pałac wzniosła w latach 20-tych XX w. rodzina Olszowskich znanych hodowców koni wyścigowych dla Służewca i remontów dla wojska. Po wojnie był w nim szpital, szkoła, POM, ale dopiero ostatni właściciele przywrócili mu dawny blask. Kolejny przystanek wypadł nam w Ćmielowie, gdzie w Żywym Muzeum Porcelany dowiedzieliśmy się ile umiejętności, starań i pasji trzeba włożyć w wyprodukowanie porcelanowej filiżanki lub figurki. Manufaktura ćmielowska działa od 1804 r. i cieszy się zasłużoną renomą nie tylko w Polsce. Z przejścia ścieżką dydaktyczną w rezerwacie "Marynopole" musieliśmy zrezygnować z uwagi na podtopiony teren. Zamiast tego w Gościeradowie obejrzeliśmy rezydencję Prażmowskich z 1781 r. Do parku ze starodrzewem prowadzi okazała brama wjazdowa z czerwonej cegły w kształcie Łuku Triumfalnego. Klasycystyczny pałac ostatni właściciel hr. Eligiusz Suchodolski przekazał Warszawskiemu Towarzystwu Dobroczynności i stąd na fasadzie umieszczona jest ich dewiza zaczerpnięta z Seneki "Res sacra mizer" (nieszczęśliwy jest rzeczą świętą), a we wnętrzach działa Dom Pomocy Społecznej. Rzuciliśmy też okiem na zabytkowy spichlerz, którego architektura świadczyła o oryginalności budowniczego. W ogóle o ekscentryczności Eligiusza Prażmowskiego wiele się tego dnia mówiło. Następnie przejechaliśmy do Bychawy, która od 2000 r. promuje się na ogólnopolską stolicę pierogów. Przed obiadem odbyliśmy krótką wycieczkę do ruin zamku i pałacu Stoińskich nad zalewem. W trakcie spaceru przybliżyłam 11-letnią historię organizacji bychawskich ogólnopolskich festynów "W krainie pierogów". Na obiad w barze "U Saszy" wpałaszowaliśmy miks pierogowy. Najbardziej przypadły nam do gustu ruskie z miętą - miejscowa specjalność. W drodze do Lublina stanęliśmy w Pszczelej Woli, gdzie w parku wokół dawnego dworu Rohlandów obejrzeliśmy skansen pszczelarski. Skansen działa przy Technikum Pszczelarstwa Zespołu Szkół Rolniczych. Do Lublina dotarliśmy sporo przed planowanym czasem. Zaczęliśmy od obejrzenia zbiorów Muzeum Zamkowego ze słynnym obrazem J. Matejki "Unia Lubelska" oraz Kaplicy św. Trójcy z bizantyjsko-ruskimi malowidłami mistrza Andrzeja, które ufundował król Władysław Jagiełło w 1418 r. Potem przeszliśmy się lubelską starówką, która po latach strasznego zaniedbania powoli odzyskuje estetyczny wygląd. Po czasie wolnym na ciacho i lody udaliśmy się do Wąwolnicy na nocleg. Przed kolacją obejrzeliśmy Sanktuarium MB Kębelskiej z cudowną figurą Matki Bożej z Dzieciątkiem. Historia kultu w Kęble i Wąwolnicy sięga okresu najazdu tatarskiego na Polskę w 1278r.i trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego.
Niedzielne zwiedzania zaczęliśmy od Kozłówki, gdzie mieliśmy okazję podziwiać bogate wnętrza pałacu Zamoyskich. Przez ogród angielski na tyłach pałacu przeszliśmy do kaplicy zamkowej z wystawą zdjęć Bujaka z pontyfikatu Jana Pawła II. Na dziedziniec wróciliśmy przez rosarium, gdzie otoczył nas aromatyczny zapach rozgrzanych słońcem róż. Powozownię, Muzeum Socrealizmu i ogrody zostawiliśmy sobie na kolejną wizytę w tym miejscu. Do oddalonego około 100 km Chełma przyjechaliśmy w upalne południe, ale my od razu zeszliśmy do jego chłodnych, kredowych podziemi. Trasa historyczna poprowadzona jest pod centrum miasta ciągiem, wydrążonych w kredzie przez przedsiębiorczych chełmian, podziemnych korytarzy. Jest to swoistego rodzaju kopalnia, bo każdy z właścicieli domu w Chełmie wydobywał kredę pod własną posesją. Z Chełma ruszyliśmy do pobliskich Nowin, gdzie przeszliśmy ścieżką dydaktyczną do wieży widokowej w rezerwacie "Bagno Serebryskie". Liczyliśmy tu na groble, trapy na palach, a tymczasem bez tej infrastruktury przeszliśmy na niewielki grądzik suchą stopą. Zamość poznawaliśmy w ekspresowym tempie, bo zebrały się burzowe chmury i niebo zaczęło groźnie pomrukiwać. Na szczęście rozpadało się na dobre dopiero, kiedy rozsiedliśmy się w restauracjach na rynku. Gdy deszcz przybrał na sile i zamienił się w ulewę, wiedzieliśmy, że przejście ścieżką wzdłuż szypotów nad Tanwią będzie niemożliwe. Zamiast tego odwiedziliśmy świerszcza w Szczebrzeszynie i obeszliśmy wyspę z kościółkiem "Na Wodzie" w Zwierzyńcu.
Autorzy zdjęć: Elżbieta Guzik i Majka
Najdłuższy weekend czerwca spędziliśmy na Huculszczyźnie. Swoistym wprowadzeniem do tematu była wizyta w domu-muzeum Romana Kumłyka w Werchowynie (d. Żabie), gdzie zgromadzono wiele eksponatów ilustrujących życie i kulturę Hucułów. Zwyczaje i obrzędy huculskie pan Roman przybliżał nam wesołą gawędą, śpiewem i grą na różnych instrumentach ludowych. Po niezbędnych zakupach udaliśmy się do Probijnivki (d. Szykmany). Wertepami, które tylko z nazwy przypominają drogę, dotarliśmy dolinami Białego Czeremoszu i Probijnej na miejsce. Celem naszego 4-dniowego trekkingu były Góry Hryniawskie. Szykując się do wyjścia w góry wzbudzaliśmy duże zainteresowanie mieszkańców tej zagubionej głęboko w górach wsi. Ruszyliśmy w górę potoku Mozirny starym, pasterskim płajem, który, po dwóch godzinach podejścia lasem, wyprowadził nas na połoninę Riża. Naszym oczom ukazała się połonina początku lata, kiedy cała trawiasta przestrzeń kwitnie tysiącem kwiatów: cytrynowożółtymi pełnikami, ciemniejszymi w odcieniu omiegami i prosienicznikami, różowymi wężymordami, driakwiami i pachnącymi macierzankami, pomarańczowymi jastrzębcami. Nietrudno było też dostrzec szlachetniejsze storczyki: kukułki, gółki czy storczyce kuliste. Na wschodnich stokach Tarnicy przystanęliśmy dłużej. Na południu, nad boczną odnogą Komarnicznego widoczne były dwie największe połoniny pasma Baby Ludowej - Dukonia i Pnewie. Na północy na dalszym planie widoczna była Czarnohora z Popem Iwanem i Smotrecem, a na bliższym królowała Ludowa, górująca nad obniżeniem grzbietu biegnącym ku potężnej Skupowej na północnym wschodzie. Po przejściu na zachodni stok Tarnicy naszym oczom ukazał się ostry Kopilasz oraz kopulaste bliźniacze jakby szczyty Baby Ludowej i Masnego Przysłupu. To przy źródełku pod kapliczką między tymi szczytami rozbiliśmy obóz. Na zachodzie, za doliną Czarnego Czeremoszu widoczne były szczyty środkowej części Gór Czywczyńskich z Czywczynem i Łostuniem. Za nimi majaczyły wierzchołki rumuńskich Gór Marmaroskich. Zmęczeni zasnęlibyśmy kamiennym snem, gdyby nie tnące niemiłosiernie meszki. Zbudziło nas słońce, ale nim zwinęliśmy obóz przeszedł deszcz. Poranna mgła utrudniała orientację, ale przed południem rozpogodziło się zupełnie i zobaczyliśmy naszą planowana trasę przejścia jak na dłoni. Na Połoninie Ozirna przystanęliśmy na posiłek i suszenie zwijanych pośpiesznie rankiem namiotów. Na Ozirnej i sąsiedniej Łukawicy widać jak postępuje proces zarastania połonin. Za kilka lat mogą zniknąć te rozległe widoki, które teraz tak cieszą oczy. Na Łukawicy przy opuszczonej staji bez trudu weszliśmy na drogę grzbietową w kierunku Ludowej wiodącą przez przełęcz Watonarka. Po drodze przecięliśmy mocno rozjeżdżoną drogę - niewiele zostało po austriackiej, strategicznej Drodze Mackensena. Po godzinie dotarliśmy na połoninę Mała Ludowa. Zeszłam do dobrze zagospodarowanej grażdy na łące poniżej. Przebywali w niej letnicy z Kijowa, ale jedna z kobiet pochodziła z tych stron. Odpowiadał im wypoczynek z dala od ludzi ze sporadycznymi wizytami turystów. Mieli wieści, że "wczera prijechali Poliaki na krasnoj maszynie". Oczywiście chodziło o nasz czerwony bus - wieści nawet na takim pustkowiu szybko się rozchodzą. Po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Na Wielkiej Ludowej złapał nas deszcz, który szybko przeszedł. Odświeżył powietrze i wymalował na niebie podwójną tęczę. Przejście na Bereźniak pod Skupową trochę nas zmęczyło, bo znacznych zejść i podejść na trasie było kilka. Tę noc chcieliśmy spędzić pod dachem, bo szykowała się zmiana pogody. Wyżej piaskowcowych ostańców znaleźliśmy opuszczoną chatczynę, gdzie część grupy znalazła schronienie. Obok rozbiły się dwa namioty. Chłopcy dostali się na stryszek z sianem. Nasze przewidywania się sprawdziły. Nad ranem w sobotę zaczęło padać. Wobec braku pogody zrezygnowaliśmy z wejścia na Skupową. Pasterskim płajem trawersowaliśmy jej kolejne wierzchołki (przeważnie zalesione). Przed Rosticką spotkaliśmy dwóch chłopaków szukających koni. Upewnili nas co do dalszej drogi i staj na trasie. Koło południa, kiedy zbliżyliśmy się do Krętej, wyraźnie się przejaśniło.Gościny użyczyli nam pasterze oddając do naszej dyspozycji niewielką kołybę, skąd usunęli kocioł do warzenia wurdy, czyli drugiego sera z serwatki. Tu przy ogniu wysuszyliśmy ubranie i przygotowaliśmy sobie posiłek. Tu też zadecydowaliśmy o zejściu od razu do Werchowyny, żeby ostatnią noc, która też zapowiadała się deszczowa, spędzić w cywilizowanych warunkach. Zatrzymaliśmy się w turbazie "Werchowyna". W niedzielę, w drodze do kraju, przystanęliśmy w "stolicy" Huculszczyzny Kołomyi, by obejrzeć zbiory pisanek nie tylko huculskich, ale prawie z całego świata. Nie brakło wśród nich polskich.
Autorzy zdjęć: Marek Grodzki, Teresa Pięta i Majka.
Na węgiersko-słowackim pograniczu spędziliśmy najbardziej upalny weekend czerwca. Szczęśliwie połowa przejścia zawsze wiodła zacienionymi wąwozami lub lasem. Pierwszego dnia (4.06) ruszyliśmy na trasę z wioski Szögliget na Węgrzech, gdzie zabudowę tworzyły domy stojące szczytami do głównej drogi i oplecione winoroślą.. Zaraz za wioską weszliśmy na wyniosłe wzgórze z ruinami zamku Szadvar. Ten XIII-wieczny gród lata świetności przeżywał za władania Bebeków (XVI), by wiek później stracić zupełnie na znaczeniu. Dziś sadwarskie zamczysko to okazała ruina. W przysiółku Szelcepuszta wyszliśmy na otwartą, trawiastą przestrzeń, którą podążaliśmy aż do wioski Jósvafö. O tej porze roku kras pełen jest kwitnących kwiatów i motyli. Po godzinach spędzonych w skwarze z największą przyjemnością weszliśmy do podziemnych korytarzy jaskini Baradla w Aggtelek. Przez Salę Żółwia i Czarną przeszliśmy do olbrzymiej Sali Koncertowej, gdzie obejrzeliśmy spektakl światło-dźwięk z muzyką Vangelisa. W dalszej części jaskini wielkie wrażenie zrobiła na nas Sala Tygrysa i Hala Kolumn z fantazyjnymi formami nacieków. Na obiadokolację i nocleg pojechaliśmy do znanego nam już pensjonatu "Józefina" na Słowacji. Drugi dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Krasnohorskiej Jaskini. W tej jaskini można poczuć się speleologiem. Nie ma tu oświetlenia elektrycznego ani wybetonowanych ścieżek. Zwiedza się ją w ochronnych kombinezonach, z czołówkami zamontowanymi na kaskach. W pokonaniu trudniejszych odcinków pomagają zamontowane kładki, drabiny i liny rozpięte nad podziemnymi akwenami. Trasa wiedzie do 32-metrowego stalagmitu, najwyższego na Słowacji. Po jaskini przyszła kolej na spacer. Ze względu na nieznośny upał i możliwość burz przejście skróciliśmy do ok. 10 km. Przez większą część trasy towarzyszyło nam pomrukiwanie niedalekich burz. Najbardziej zapadła nam w pamięci otwarta przestrzeń Plesziwskiego Płaskowyżu z wyniosłą półką Gerlaszskiej Skały, gdzie dłuższą chwilę odpoczywaliśmy. Zejściu do Honców znów towarzyszyły grzmoty dochodzące znad Rudaw Spiskich, ale burza rozszalała się na dobre, kiedy, już bezpieczni w busie, wracaliśmy do kraju.
Autorzy zdjęć: Danusia Betleja, Krysia Kuśnierz, Ula Nieroda i Majka
Upalny i burzowy weekend 21-22 maja spędziliśmy w dalekim Beskidzie Śląskim. Na pierwszy dłuższy przystanek wybraliśmy Kalwarię Zebrzydowską. Obejrzeliśmy tu okazałą bazylikę MB Anielskiej oraz wzgórze Żarek z kaplicami Golgoty na trasie najstarszej kalwarii pasyjnej na ziemiach polskich założonej przez Mikołaja Zebrzydowskiego w 1602 r. Cały ten zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy od 1999r. jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Kolejny przystanek wypadł w Wadowicach, gdzie skupiliśmy się na miejscach związanych z dzieciństwem i młodością Karola Wojtyły. Choć kamienica papieska jest w remoncie, a rynek rozkopany, to udało nam się obejrzeć wystawę "Skarb mojego życia" zawierającą zbiory z Domu Rodzinnego Jana Pawła II oraz wnętrze bazyliki Ofiarowania NMP pełnej śladów po wielkim papieżu-Polaku. W drodze do Bielska Białej wskutek remontu drogi zaliczyliśmy dodatkowo przejazd brzegami Soły i koroną zapory w Porąbce. Na trasę, z konieczności niedługą, ruszyliśmy z bielskiej dzielnicy Olszówka Górna. Do tego drogę na szczyt Szyndzielni pokonaliśmy w kolejce gondolowej. Przejście do Szczyrku było najbardziej light-owe z dotychczas realizowanych. Na dodatek na trasie mieliśmy dwa schroniska, co, przy odgłosach burz nadchodzących od północy, dawało poczucie bezpieczeństwa. Bez przykrych niespodzianek dotarliśmy na nocleg. W niedzielę, po mszy św. w Sanktuarium Na Górce w Szczyrku, przejechaliśmy na Przełęcz Salmopolską. Podejście na Malinów (1114) świerkowym lasem przypomniało mi wędrówki tymi terenami w czasach studenckich, ale już wejście wyżej uświadomiło mi, że to całkiem inne góry. Osłabione zanieczyszczeniem powietrza, ociepleniem klimatu i spadkiem wilgotności jednorodne lasy nie potrafiły oprzeć się pladze kornika drukarza. Mieliśmy więc przed sobą grzbiety ogołocone z drzew, stoki pełne kikutów uschłych świerków lub podrastającego, niedawno zasadzonego, różnogatunkowego już lasu. W takiej scenerii nawet rozległe widoki nie cieszyły. Na Baraniej Górze (1220) przy wieży widokowej przekonaliśmy się, że świat jest jednak mały. Spotkaliśmy Agatę, która towarzyszyła nam kiedyś w wyjazdach, ale od jakiegoś czasu mieszka na Żywiecczyźnie. Na zejściu upał zelżał, a od Skrzycznego i Żywca, gdzie było epicentrum burzy, powiało chłodem. Nas tylko pojedyncze krople deszczu dosięgły na zejściu do wsi Radziechowy. Dopiero po powrocie usłyszeliśmy o tragedii dwóch kibiców piłkarskich w Lipowej, którzy zginęli od uderzenia pioruna.
Autorzy zdjęć: Marta Twardak, Michał Urbanek i Majka
W tym roku wyjątkowo późno obchodziliśmy Wielki Tydzień. Do tego pogoda dopisała, więc po raz pierwszy było wiosennie, a nie zimowo jak dotychczas. Biorąc pod uwagę majową beatyfikację Jana Pawła II, to jego rozważania Męki Pańskiej z rekolekcji watykańskich w 1976 r. wzięliśmy pod uwagę. Na Tarnicę udaliśmy się tradycyjnym pątniczym szlakiem z Wołosatego, natomiast zeszliśmy z gór Szerokim Wierchem do Ustrzyk Górnych.
Autor zdjęć Grzegorz Gawron, Michał Urbanek i Majka
W połowie kwietnia znów mknęliśmy w Gorce na spotkanie wiosny. Po drodze przystanęliśmy w Nowym Sączu, żeby odwiedzić jego piękny, secesyjny rynek. Przed okazałym ratuszem czekała nas niespodzianka - gigantyczna palma (nazajutrz była Niedziela Palmowa). Stanęliśmy pod nią do pamiątkowej fotografii. Potem obejrzeliśmy zbiory Muzeum Regionalnego w Domu Gotyckim. Naszą uwagę przyciągnęła zabytkowa sztuka sakralna, pochodząca z łemkowskich cerkwi Sądecczyzny i wystawa niemieckiego malarza Maxa Kurtha, związanego na stałe z Preszowem. Rzuciliśmy okiem na bazylikę św. Małgorzaty i cudowny wizerunek MB Pocieszenia w jezuickim kościele. Na trasę ruszyliśmy z Plasówki, dzielnicy Rabki Zdrój na Maciejową (815). Przy bacówce PTTK "Na Maciejowej" zobaczyliśmy pierwsze krokusy i odsapnęliśmy nieco. Później im wyżej tym śniegu było więcej. Ten zimowy zszedł dużo wcześniej, a obecny spadł dwa dni przed wycieczką w trakcie ochłodzenia i przykrył rozkwitłe już krokusy. Koło schroniska na Starych Wierchach musiały się one znów przebijać przez śnieg. W schronisku zatrzymaliśmy się na posiłek, bo bufet był dobrze zaopatrzony. Korzystaliśmy też z gorących promieni słońca. Stąd ruszyliśmy grzbietem w kierunku Przełęczy Sieniawskiej. Na licznych polanach spotykaliśmy kwitnące krokusy, ale takich łanów jak w zeszłym roku na Zarębku Wyżnim, nie było nam dane widzieć.
Autor zdjęć Michał Urbanek i Majka.
Sobotę, 19 lutego spędziliśmy w Beskidzie Niskim. Do dyspozycji narciarzy, podobnie jak w zeszłym roku, był stok w Karlikowie. Dla liczniejszej tym razem grupy piechurów wybrałam odkryty grzbiet Żurawinki. To, że odkryty nie miało specjalnie znaczenia, bo widoczność tego dnia była niewielka. Ruszyliśmy na trasę w Wysoczanach od razu kierując się w górę niezbyt stromego stoku. Za plecami zostawiliśmy dolinę Osławy z drogą jezdną i linią kolejową w kierunku Komańczy. Po chwili osiągnęliśmy wschodnią kulminację pasma i weszliśmy na drogę grzbietową wiodącą ku północnemu zachodowi. Na tym odcinku zalesione doliny podchodziły do drogi z obu stron. Po krótkim odpoczynku zdominowanym przez rozmowy na temat kardamonu, jego smaku i zapachu ruszyliśmy w dalszą drogę. Tuż przed najwyższym szczytem pasma przystanęliśmy znów, żeby posilić się nieco i rozgrzać gorącą herbatą z termosów. Chwilę później podziwialiśmy imponującą konstrukcję wieży radiofonii komórkowej i ruszyliśmy drogą wzdłuż lasu. Las porasta północne stoki pasma i podchodzi aż do grzbietu. Stoki południowe są trawiaste. Szkoda, że widoczność tego dnia była nieduża, bo widzielibyśmy stąd kilka kolejnych pasm Beskidu Niskiego aż do najdalszego, granicznego. Z kulminacji Dziady zdecydowaliśmy się zejść bocznym grzbietem odchodzącym w kierunku południowym i polami dotrzeć wprost do Karlikowa. Na stacji narciarskiej udaliśmy się do bufetu, gdzie zastaliśmy naszą narciarską część grupy. Szczęście dopisywało nam nawet w drodze powrotnej, bo autobus psując się zrobił to akurat przy stacji benzynowej.
Autor zdjęć Michał Urbanek
Połowa października zachwycała dobrą pogodą i kolorami, więc tym razem nie było kłopotów ze skompletowaniem składu na wyjazd. Po drodze zatrzymaliśmy się w niedalekiej Starej Wsi, by zaglądnąć do Bazyliki Wniebowzięcia NMP. Wzięliśmy udział w porannej mszy świętej przed cudownym obrazem Matki Miłosierdzia, ale nie udało się nam obejrzeć bogatych zbiorów Muzeum Towarzystwa Jezusowego Prowincji Polski Południowej. Tego dnia bracia z nowicjatu, oprowadzający po muzeum, mieli śluby zakonne w Krakowie.
Na trasę ruszyliśmy ze Starego Sioła w Wetlinie szlakiem żółtym w kierunku Przełęczy Orłowicza. Już po chwili powietrze było na tyle klarowne, że mogliśmy podziwiać góry w barwach złota i czerwieni. Buki przebarwiły się już tworząc feerię kolorów. Po opuszczeniu lasu i wyjściu na otwartą połoninę naszym oczom ukazało się morze płowych traw. Z przełęczy Orłowicza podeszliśmy na nieodległy Smerek, by ze szczytu podziwiać panoramę Bieszczadów. Po powrocie na przełęcz skierowaliśmy się szlakiem czarnym ku północy. Szczególnie malowniczy był trawers stokami Smereka. Trawy sięgały nam do pasa a z polan Wysokiego Berda fantastycznie wyglądały przebarwione kopce bocznych grzbietów schodzących do dolin Sanu i Wetlinki. Za Krysową szlak schodził w dół mocno rozjeżdżoną drogą leśną. Tu w błocie można było zostawić buty. Z największą przyjemnością zeszliśmy na ścieżkę wiodącą przez brzozowy zagajnik. Po chwili naszym oczom ukazała się bacówka PTTK "Jaworzec". Na polanach wokół pasło się spore stadko hucułów. Na grzbiecie tych niewysokich, ale mocnych zwierząt, też można przemierzać bieszczadzkie szlaki. Po dłuższym odpoczynku i posiłku w bacówce zeszliśmy do autokaru. Wracaliśmy w promieniach zachodzącego już słońca sycąc oczy krajobrazami w barwach jesieni.
Autorzy zdjęć: Michał Urbanek i Majka
W pierwszą sobotę października odwiedziliśmy słowackie góry Vyhorlat, leżące w Karpatach Wewnętrznych. Zamierzaliśmy przejść przez nie z północy na południe, więc wyruszyliśmy z wioski Zemplinske Hamre tuż przed Sniną. Ponieważ szlak zielony gdzieś przepadł bez wieści, skorzystaliśmy z niedawno wyznakowanego szlaku żółtego, który błyskawicznie wyprowadził nas na przełęcz Tri tably. Na ładnej polanie z krzyżówką szlaków nasz wzrok przyciągnął głaz z wizerunkiem diabła. To musiał być jakiś miejscowy czart zaklęty w kamieniu. Stąd podeszliśmy na osławiony Sninski kamień. To rzeczywiście blok skalny, a właściwie dwa, na przeciwległych krańcach wyniosłego grzbietu, wyraźnie górujące nad bukowym lasem. Wiodą na nie metalowe oporęczowane schody. Wierzch skały jest płaski i dość przestronny. Rozciąga się stąd wspaniały widok na wzgórza ondawskie, słowackie Bieszczady zwane Bukowskimi Wierchami i Góry Użockie. Przy dobrej widoczności oglądać można szczyty naszych Bieszczadów i pasmo ukraińskiej Borżawy. Tym razem powietrze nie było zbyt klarowne. Wspaniale za to prezentowało się Morskie Oko, śródleśne jezioro w sercu gór. Po dłuższym odpoczynku połączonym z sesją zdjęciową i wystawianiem twarzy do słońca zeszliśmy ze skał i ruszyli w kierunku krzyżówki szlaków na Jedlince. Zależało nam na tym, aby na zejściu zobaczyć również mniejszy staw nazywany Małym Morskim Okiem. To rzeczywiście niewielki akwen o zielonkawym kolorze wody. Otaczał nas bukowy las o tej porze roku najbarwniejszy. Przekonaliśmy się o tym nad Morskim Okiem, kiedy podziwialiśmy feerię kolorów nad brzegami wody. Mając niewielki zapas czasu obeszliśmy jezioro wokół ścieżką spacerową. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Horce, miejscowości letniskowej nad zalewem zemplińskim (Zemplinska širava). Obiekty Horki czasy świetności mają zdecydowanie za sobą. Dziś jedynie przystanie wyglądają na czynne i dobrze prosperujące. Ostatni przystanek wypadł nam w Humennem. Najpierw przywitaliśmy dobrego wojaka Szwejka przy dworcu kolejowym, później zatrzymaliśmy się w centrum, by rzucić okiem na renesansowy zamek Drugethów. Wracaliśmy doliną Laborca podziwiając zabarwione jesienią i zachodzącym słońcem stoki wzgórz.
Autorzy zdjęć: Ela Guzik, Marta Twardak i Majka
Tegoroczne spotkanie z Beskidem Sądeckim w sobotę 18 września rozpoczęliśmy na zabytkowym rynku w Piwnicznej. Oprócz XVII-wiecznej cysterny św. Floriana, będącej częścią wodociągów miejskich, obejrzeliśmy kościół z 1886 r. Potem przejechaliśmy pod zdrojową pijalnię na Zawodziu, gdzie skosztowaliśmy wybornej miejscowej szczawy. Mieliśmy też okazję zapoznać się z całą rzeszą aniołów stworzonych przez Jerzego Koleckiego, artystę z Rabki. Spod pijalni szlakiem żółtym rozpoczęliśmy podejście na grzbiet Gronia, który doprowadzić nas miał na pasmo Jaworzyny Krynickiej i do Głównego Szlaku Beskidzkiego. Podejście urozmaicały kępy drzew, na których co i rusz wisiały kapliczki przydrożne. Widoki na rozłożoną w dole Piwniczną, meandrujący Poprad i zalesione stoki Kicarza częściowo przesłaniała unosząca się znad rzeki mgła. Dopiero, gdy dotarliśmy do przysiółka Jarzębaki, wyszło słońce i widoczność zaczęła się poprawiać. Końcówka grzbietu to piękny mieszany las poprzetykany gęsto polanami. Co chwila dochodziły nas okrzyki szczęśliwców znajdujących grzyby. W niedługim czasie większość naszych zbieraczy mogła się poszczycić okazałymi borowikami, podgrzybkami i koźlarzami. Pierwszą z polan za Groniem wykorzystaliśmy na dłuższy popas. Mieliśmy stąd widok na sąsiedni grzbiet Skały i dolinę potoku Wapnik z przysiółkiem Roztoki. Po odpoczynku ruszyliśmy w górę pokonując ozdobione wrzosem i dziewięćsiłami polany Szałasów Jarzębackich. Nie zmęczeni nic a nic osiągnęliśmy główną grań pasma Jaworzyny Krynickiej na przełęczy Bukowina. Stąd za czerwonymi znakami Głównego Szlaku Beskidzkiego ruszyliśmy na zachód ku Jaworzynie Kokuszczańskiej. Pod grotą z szopką betlejemską autorstwa Józefa Gruceli z Ochotnicy stanęliśmy do pamiątkowej fotografii. Potem odpoczywaliśmy długo ciesząc się ciepłymi promieniami słońca i widokiem tatrzańskich szczytów na horyzoncie. Tu i do mnie uśmiechnęło się szczęście: w trawach i wrzosach znalazłam trzy duże i zdrowe prawdziwki. Na pobliskiej krzyżówce szlaków zeszliśmy na znaki zielone kierujące nas na północ. Przez dobrą godzinę szliśmy lasem przypominającym puszczę karpacką. Do ostatniej wojny lasy te były własnością Stadnickich. Hrabia Adam Stadnicki, doceniając ich wartość, założył w 1906 roku rezerwaty Barnowiec, Łabowiec i Uhryń, istniejące po dziś dzień. Na polanie Wilcze Doły zatrzymaliśmy się ostatni raz. Wspaniale stąd widać było dolinę Kamienicy Nawojowskiej i Nowy Sącz. Kawałek dalej weszliśmy na szlak niebieski, który malowniczym przysiółkiem Bącza sprowadził nas do Nawojowej. Na koniec obejrzeliśmy pałac, który był siedzibą rodu Stadnickich. Na najstarszym, północnym skrzydle widnieje herb Szreniawa. Dziś mieści się tu Małopolski Ośrodek Doradztwa Rolniczego oraz biura Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Do spadkobierców Stadnickich wrócił zamek Vranov na Morawach i uzdrowisko w Szczawnicy.
Autorzy zdjęć: Renata Półzięć, Michał Urbanek i Majka
Drugi weekend września spędziliśmy na Ukrainie. Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy Kamionkę (1579) z Przełęczy Synewirskiej. Ponieważ górę porasta kosówka postanowiłam zasięgnąć języka u miejscowego przewodnika. Mikołaj z hotelu "Kamionka" na przełęczy odradził podejście od południa, bo wycięte kilka lat temu przejście w kosówce mogło zarosnąć. Zgodnie z jego sugestią skorzystaliśmy ze świeżo wyznakowanego zielonego szlaku do Jeziorka Synewirskiego bokiem Kamionki i przez Ozerną. Szlak trawersuje masyw świerkowym lasem i trawiastym grzbietem podchodzi pod szczyt od północnej strony. Na tym trawiastym stoku urządziliśmy dłuższy popas. Gęste mgły, które wcześniej szczelnie wypełniały doliny teraz zrzedły lub ustąpiły zupełnie i odsłoniła się Miżgiria w dole z połoniną Kuk nad nią. Widzieliśmy też zalesione pasmo Hrabowej z licznymi wyrębami w kierunku Nesterowca. W sprzyjających okolicznościach i przy wielkiej chęci mieliśmy tędy schodzić do Miżgirii. Na razie czekała nas przeprawa przez kosówkę. Na szczęście okazało się, że w kierunku szczytu ze szlaku wiedzie wąska ścieżka. Po ponad półgodzinnym podejściu stanęliśmy na Kamionce pod betonowym obeliskiem. Na wschód była znacznie gorsza widoczność. Nad drogą w kierunku Synewirskiej Polany majaczyły ciemne kopce Gorganów. Znad pasma Piszkonii ciągnęły chmury. Od szczytu na południe przez kosówkę wiodła wąska, zarastająca ścieżka, którą mogliśmy tu dojść. Teraz to było nieistotne, bo kierowaliśmy się ku północnemu zachodowi. Byliśmy ciągle w strefie dobrej pogody, i kiedy, na następnej kulminacji pasma, wyjrzało słońce nie odmówiliśmy sobie kolejnego popasu na malowniczej, długiej polanie. W wysokiej trawie czerwieniły się dojrzałe brusznice, których kwaskowaty sok doskonale orzeźwiał. Tu opuściliśmy znakowany szlak i wąską ścieżką schodziliśmy na zachód ku przełęczy. Wytracając wysokość opuściliśmy las świerkowy i weszliśmy w przebarwiającą się buczynę poprzetykaną polanami. Po chwili dostrzegliśmy zabudowania wysoko położonych przysiółków Wyżnej Bystrej po prawej i wsi Strigalnia schodzące zboczem ku południu. Przed nami wznosiły się stoki grzbietu Hrabowej, na którą brakowało i czasu i chęci. Zeszliśmy do wsi, by w sklepie-barze pogadać z miejscowymi i pokosztować tutejszych specjałów. Okazało się, że większość mieszkańców jeździła kiedyś handlować na bazar w Przemyślu, a niektórzy dotarli nawet na Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Z nostalgią wspominali te czasy. Drugiego dnia, zaraz po śniadaniu, przejechaliśmy do wsi Bukowiec pod pasmem Pikuja. Stąd starym traktem do Libuchory podchodziliśmy ku wysokiej przełęczy Ruski Put'. Po godzinie podejścia rozłożyliśmy się w trawie, na skraju lasu. Odpoczywaliśmy, pałaszując kanapki lub fotografując goryczki, dziewięćsiły i kanie. Po odpoczynku aniśmy się obejrzeli jak pokonaliśmy leśne podejście i wychynęliśmy na trawiastą połoninę pod znajomym krzyżem. Do tego miejsca dwa lata temu dotarliśmy, idąc od Pikuja do połowy pasma. Teraz przyszedł czas na drugą połowę aż do Użoka na granicy z Polską. Po dłuższym biwakowaniu i pamiątkowych fotkach, po których bolały mnie ręce (patrz zdjęcie 31), ruszyliśmy trawiastą połoniną najeżoną tu i ówdzie wychodniami. Kolejne przystanki wypadły na Żurówce i Starostynie. W płowych trawach i przebarwionych na czerwono borówczyskach kwitły jeszcze kępy szafirowych goryczek, pojedyncze różowe goryczuszki i wężymordy, żółte prosieniczniki. Za ostatnimi polanami Kińczyka Hnylskiego weszliśmy w las i obchodząc od wschodu pionowe stoki Stożka zeszliśmy starym pasterskim płajem do Użoka. Wracając do kraju podziwialiśmy wiadukty proaustriackiej linii kolejowej wiodącej z Galicji na Zakarpacie przez Przełęcz Użocką.
Autorzy zdjęć: Mirek Halemba, Ula Nieroda, Ania Przygoda, Józiu Szlachta, Paweł Telega, Marta Twardak i Majka.
Ostatnią sobotę sierpnia spędziliśmy w słowackich Tatrach Wysokich. Tym razem w góry najwyższe ruszyliśmy ze Starego Smokowca. Tę podtatrzańską osadę jej dzierżawca Johann Georg Rainer przekształcił w połowie XIX wieku w modny kurort, stawiając pierwsze budynki sanatoryjne: Flora, Szwajcarski dom i Bellevue. Wzniesienie w 1904 r. okazałego Grand Hotelu wzmocniło jego renomę. Odremontowane zabytkowe sanatoria cieszą oczy do dziś. W drodze na Siodełko (Hrebienok) większość skorzystała z usług kolejki szynowej. Stąd czerwonym szlakiem Tatrzańskiej Magistrali ruszyliśmy do Rainerovej chaty, którą dzierżawca kurortu wzniósł w 1863 r. dla turystów odwiedzających Wodospady Zimnej Wody. Spod najstarszego tatrzańskiego schroniska ruszyliśmy w górę Doliny Staroleśnej zostawiając sobie wodospady na powrót. Z każdym metrem podejścia krajobraz stawał się bardziej alpejski. Przewalające się chmury to zasłaniały, to znów odsłaniały ostre granie Sławkowskiego Grzebienia po lewej i Pośredniego po prawej stronie. Przed Warzęchowym Stawem pojawiły się pierwsze zabezpieczenia w postaci łańcuchów. Idąc ścieżką nad Długim Stawem dostrzegliśmy budynek Schroniska Zbójnickiego i przyjęliśmy to z ulgą, bo zaczęło kropić. Mimo, że schronisko zaopatrywane jest tradycyjnie przez tatrzańskich tragarzy zwanych nosiczami, ceny są przystępne. Spożywając zupę soczewicową przyjemnie było wsłuchiwać się w odgłosy ulewy i wycia wiatru za oknem. W schronisku pozostaliśmy dłużej niż zamierzaliśmy, przeczekując najgorsze. Czas umilaliśmy sobie przeglądaniem zdjęć kozic Juraja Kniazka. Zaczęliśmy zejście, kiedy deszcz wyraźnie zelżał. Mimo zachowywanej ostrożności nie obyło się bez kilku, na szczęście niegroźnych, wywrotek. Mżawka towarzyszyła nam do Staroleśnej Polany. Potem ustąpiła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Widocznie dobry duch gór chciał abyśmy Wodospady Zimnej Wody oglądali w komforcie. Nastał czas pamiątkowych zdjęć przy kolejnych kaskadach. Widok ten musiał nam starczyć na resztę drogi przez upiorny, martwy las Doliny Zimnej Wody. To skutki katastrofy ekologicznej po pamiętnej wichurze, jaka przeszła nad Tatrami dnia 21 listopada 2004 r.
Autorzy zdjęć: Majka.
W pierwszy weekend sierpnia odwiedziliśmy Małopolski Przełom Wisły. Wyjechaliśmy skoro świt, więc jeszcze w porze porannych mgieł dotarliśmy do Pniowa u ujścia Sanu do Wisły. W rezerwacie kotewki nie brakowało najróżniejszych roślin wodnych, ale wypatrzenie orzecha wodnego zajęło nam trochę czasu. Wreszcie w drugim akwenie dojrzałam unoszącą się na wodzie roślinę, którą zaprezentowałam wszystkim. Miała nawet kolczaste owoce zwane orzechami. W drodze do Piotrawina obejrzeliśmy na nadwiślańskiej skarpie klasycystyczny pałac Potockich w Józefowie. W Piotrawinie, miejscu cudu biskupa Stanisława na zmarłym Piotrze Strzemieńczyku, inny biskup krakowski Kajetan Sołtyk planował wznieść okazałe sanktuarium, ale zesłanie na Syberię pokrzyżowało te plany. Do dziś można oglądać kapitele kolumn niezrealizowanej świątyni. Kolejny przystanek wypadł w Wojciechowie, miejscu corocznych spotkań kowali. W Wieży Ariańskiej obejrzeliśmy zbiory Muzeum Kowalstwa, które prócz tradycyjnych przedmiotów użytkowych rzemiosła kowalskiego prezentuje wyroby artystyczne prawdziwych mistrzów w tym fachu. Są to nagrodzone prace konkursowe z corocznych spotkań m.in. świeczniki, żyrandole, kraty i zestawy kominkowe, kwietniki, jednym słowem - prawdziwe cudeńka. W pobliskim Nałęczowie przeszliśmy się alejami Parku Zdrojowego obok Domku Gotyckiego, sanatorium "Książę Józef", Domku Greckiego i stawu do Pałacu Małachowskich. Była okazja do poznania tajników produkcji papieru czerpanego, sfotografowania się na zabytkowym bicyklu i na ławeczce przy Bolesławie Prusie. Po czasie wolnym udaliśmy się do Kazimierza nad Wisłą. Tu przeszliśmy się najpierw Norowym Dołem czyli wąwozem lessowym, by następnie zejść do miasta z Góry Trzech Krzyży. Widok miasta z tego wzgórza zapiera dech w piersiach. Z prawdziwą przyjemnością obejrzeliśmy ryneczek i najbliższe zaułki tego malowniczego miasteczka. Choć to była pora festiwalu filmowego Dwa Brzegi na ulicy udało nam się wypatrzyć tylko Krzysztofa Globisza. Reszta sławnych gości chroniła się w namiocie festiwalowym. Wizytę w Kazimierzu zakończyliśmy spacerem ulicą Senatorską obok kamienic Celejowskiej i Białej oraz malowniczym wałem wiślanym do parkingu przy spichlerzu Lenkiewicza. Nocowaliśmy w gościnnym Domu Pielgrzyma w pobliskiej Wąwolnicy. Przed snem pokłoniliśmy się Wąwolnickiej Pani w ołtarzu głównym neogotyckiej kolegiaty i cudownej Madonnie Kębelskiej w kaplicy zamkowej. Po śniadaniu udaliśmy się ponownie do Kazimierza na poranną kawę. Po zakupie pamiątkowych kogutów ruszyliśmy spacerem w kierunku Albrechtówki. Po drodze obejrzeliśmy klasztor Reformatów z zabytkowym wirydarzem, urocze wille przy ulicy Krakowskiej i spichlerz Kobiałki. Z Albrechtówki promem "Gelderland" przepłynęliśmy Wisłę i wdrapaliśmy się na wysoką, nadrzeczną skarpę do ruin zamku Janowiec. Tu obok ruin okazałej rezydencji magnackiej Firlejów mieliśmy okazję zobaczyć stylowo umeblowany dwór szlachecki z Moniaków. Z Janowca przejechaliśmy do Puław, gdzie przeszliśmy alejami parku księżnej Izabeli Czartoryskiej obok Domku Greckiego, Domu Gotyckiego i Świątyni Sybilli pod pałac Sieniawskich i Czartoryskich. Po pamiątkowej fotografii mieliśmy czas wolny, który część spożytkowała na gorący posiłek, a część na zwiedzenie udostępnionych wnętrz pałacowych z pamiątkami rodzinnymi Czartoryskich. Z Puław przejechaliśmy do Czarnolasu, gdzie w późniejszym dworze Jabłonowskich urządzono muzeum Jana Kochanowskiego. W miejscu, gdzie rosła kiedyś okazała lipa, postawiono głaz upamiętniający śmierć ukochanej córeczki Urszulki. W drodze na południe zatrzymaliśmy się w Zwoleniu, ale kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Św. był zamknięty, więc grobu mistrza z Czarnolasu nie zobaczyliśmy. W Kamionkach Opatowskich zwiedziliśmy neolityczną kopalnię krzemienia pasiastego, która wywarła na nas duże wrażenie. Ostatnim przystankiem w drodze powrotnej było Sanktuarium MB Bolesnej w Sulisławicach. Przesympatyczny ksiądz opowiedział nam nie tylko historię cudownego obrazu, ale również tragiczne losy partyzanckiego oddziału "Jędrusiów". Ocalały Zbigniew Kabata ps. Bobo tak po latach na emigracji napisał:
O Matko Święta, Pani Sulisławska
co spod podwójnej, w niebo mknącej wieży
z ciemnego na nas spoglądasz obrazka.
Módl się za nami. Niech ten grób, co leży
u stóp Twoich - światłość okryje wieczysta.
W błogosławieństwie serdecznym zachowaj
męstwo rozsiane nieśmiertelnym pyłem.
A mnie Panno Czysta, Matko Jędrusiowa
wybacz to, że przeżyłem.
Autorzy zdjęć: Urszula Nieroda, Michał Urbanek i Majka.
Na przełomie lipca i sierpnia odwiedziliśmy rumuńskie góry Retezat. Ruszyliśmy wtorkowym wieczorem 27 lipca, by całonocną jazdą zyskać jeden dzień. W porze porannej kawy byliśmy w Devie, gdzie obejrzeliśmy pomnik Decebala i pałac Magna Curia, wzniesiony przez Gabora Bethlena w XVI w. Nad tym renesansowym kasztelem góruje Wzgórze Zamkowe (371m n.p.m.) z imponującymi ruinami twierdzy. Wzniesiona jako zamek królewski w połowie XIII w., rozbudowywana w czasach Jana Hunyady'ego (Korwina) i Gabora Bethlena, dość przypadkowo wyleciała w powietrze w czasie Wiosny Ludów i pozostała okazałą ruiną do dziś. Z Devy przez Petrosani przejechaliśmy do Cheile Butii terenami zniszczonymi przez kopalnie węgla w czasach komunistycznych. Do schroniska Buta dotarliśmy po 4 godzinach i, ponieważ zaczęło padać, zdecydowaliśmy się zanocować pod dachem. Czwartkowy ranek wstał słoneczny i tak już miało pozostać do końca wyprawy. Po spakowaniu się i uiszczeniu u ratownika Salvamontu opłaty za wstęp do Parku Narodowego, ruszyliśmy ku przełęczy Plaiul Mic oddzielającej Mały Retezat, gdzie na razie byliśmy, od Retezatu właściwego. Widoki zmieniały się z każdym metrem podejścia. Po krótkim odpoczynku na przełęczy i nacieszeniem oczu widokiem całego masywu zeszliśmy do doliny potoku Peleaga z pozostałościami potężnej klauzy. Podchodziliśmy w górę mając po lewej spienione wody potoku Bucura z ostrymi graniami grzbietu Slăveiu nad nim i stoki masywu Peleagi po prawej. Rozbiliśmy obóz nad jeziorem Bucura na wysokości ok. 2050m n.p.m. Po posiłku czuliśmy się na tyle zrelaksowani, że postanowiliśmy wybrać się na jeden z okolicznych szczytów. Po godzinnym podejściu żółtymi paskami osiągnęliśmy wysokość 2433m i szczyt Bucura I. Na sąsiedni Retezat (2482) już nie poszliśmy, bo nadciągnęły chmury, które przesłoniły wszystkie szczyty, więc widoków i tak by nie było. Schodziliśmy czerwonymi i niebieskimi paskami przez przełęcz Curmătura Bucurei. Po zachodzie słońca temperatura spadła do ok. 6ºC, więc woda w potoku wypływającym z jeziora zdawała się prawie ciepła. Kąpiel na golasa w takim potoku to niezapomniane przeżycie. Na piątek mieliśmy ambitny plan wejścia na dwa najwyższe szczyty masywu: Peleagę (2509) i Păpuşę (2508), więc wyruszyliśmy wcześnie. Wybraliśmy drogę czerwonymi paskami przez wczorajszą przełęcz, by nie ominąć ostrych turni Coltii Pelegii. Słońce towarzyszyło nam do wysokości ok. 2300m, wyżej wchodziło się w chmury otaczające szczyt ciasnym kordonem i uniemożliwiające napawanie się rozległymi widokami. Tak było na Custura Bucurei (2370) i na najwyższej Peleadze (2509). Wiedząc, że ciut niżej jest słońce, większość nie kontynuowała marszu w chmurach tylko zeszła żółtymi krzyżykami do bazy. Po gorącym posiłku poszliśmy fotografować konie pasące się nad jeziorem Lia, a nad położoną trochę wyżej Aną oddaliśmy się drzemce w promieniach słońca. Wieczór zdominowały pogawędki i częstowanie się ostatnimi zachomikowanymi słodkościami. Sobota była dniem zejścia na północą stronę masywu. Po spakowaniu się i zwinięciu obozu ruszyliśmy w porannej mgle w kierunku przełęczy Curmătura Bucurei. Na niej przywitaliśmy słońce i po raz pierwszy ujrzeliśmy wyniosły Retezat (2482) bez czapy chmur. Nad jeziorem Pietrele urządziliśmy sobie dłuższy biwak z poranną kawą. Kolejny dłuższy wypadł przy schronisku Cabana Pietrele, choć na trasie często odpoczywaliśmy: przy kaskadzie Pietrele i schronisku Gentiana. Do położonej najniżej Cabany Cậrnic Cascady dotarliśmy całą grupą w porze kolacji. Wręcz entuzjastycznie przywitali nas kierowcy, bo dla tak licznej grupy właściciele schroniska uruchomili wreszcie agregat prądotwórczy i rozpalili piec na gorącą wodę. Wczesnym rankiem ruszyliśmy w drogę powrotną zatrzymując się w Hunedoarze na zwiedzanie rodowej siedziby pogromcy Turków Jana Hunyady'ego i Korwinów. Kolejne przystanki wypadły: w wiosce Lazuri między górami Bihor a Codru-Moma, gdzie miejscowi wyrabiają wspaniałą palinkę i cujkę o różnych smakach oraz w Oradei na gorący posiłek. Wróciliśmy zmordowani, ale szczęśliwi, już po północy.
Autorzy zdjęć: Małgorzata Żybura i Majka Zamorska
10 lipca w strugach deszczu jechaliśmy na Słowację. Im bliżej słowackiej granicy tym więcej przejaśnień. Za Lubowlą po deszczu zostało tylko wspomnienie. W drodze przystanęliśmy w Spiskiej Sobocie by zobaczyć miasto jakby żywcem przeniesione z czasów średniowiecza. Kolejny przystanek wypadł nam w Dobszyńskiej Jaskini Lodowej. Tu zamiast naciekowych form skalnych oglądaliśmy najróżniejsze struktury lodowe: lód podłogowy oraz lodowe wodospady, stalagmity i słupy. Na trasę przejścia turystycznego ruszyliśmy z Dedinek ku wąwozowi zwanemu Zejmarską rokliną. W wąwozie czekały nas typowe dla Słowackiego Raju atrakcje: przejścia po kamieniach szeroko rozlanym strumieniem, po ażurowych "stupaczkach" i wysokich drabinach. Po uporaniu się z nimi odpoczęliśmy przy schronisku na płaskowyżu Geravy. Po drodze do Stratny, wsi nad Hnilcem, wdrapaliśmy się na Havranią Skałę (1154), najlepszy punkt widokowy południowej części Słowackiego Raju. Na zachodzie bez trudu dostrzegliśmy Niskie Tatry z charakterystycznym Dumbierem. Szczyty Tatr Wysokich tonęły w chmurach.
Autorzy zdjęć: Małgorzata Żybura i Majka Zamorska
Prognozy na sobotę 26 czerwca zapowiadały przełamanie deszczowego ciągu. Jechaliśmy pełni nadziei, choć… w deszczu. Na miejscu nie było źle. Osoby nie zainteresowane zwiedzaniem od razu pojechały pod Krokiew, by ruszyć na ambitniejszą trasę lub wcielać w życie własne plany. Większość zdecydowała się realizować zaproponowany program. Spacer rozpoczęliśmy na jednej z trzech narodowych nekropolii, na Pęksowym Brzyzku. Spoczywają tu ci, bez których Zakopane i Tatry nie byłyby tym, czym są m.in. prof. Tytus Chałubiński, ks. Józef Stolarczyk, Władysław Orkan, Stanisław Witkiewicz, Kornel Makuszyński, Jan "Sabała" Krzeptowski i setka innych równie wybitnych i zasłużonych postaci. Później, obok starego drewnianego kościółka, strojnego góralską snycerką i obrazami malowanymi na szkle, przeszliśmy ku Krupówkom. Na tym największym zakopiańskim deptaku zwiedziliśmy neoromański kościół Najświętszej Rodziny i główny gmach Muzeum Tatrzańskiego. W kościele udało nam się wejść do, zazwyczaj zamkniętej, kaplicy św. Jana Chrzciciela wykonanej wg projektu Stanisława Witkiewicza w stylu zakopiańskim. Po obejrzeniu bogatych zbiorów etnograficznych i przyrodniczych muzeum, zostało nam około 2 godzin na zakup pamiątek i gorący posiłek. O godz. 13.30 wyruszyliśmy spod Krokwi na trasę przejścia. Z początku towarzyszyła nam lekka mżawka, by w Dolinie Białego całkiem ustąpić. Z malowniczych Sarnich Skał oglądaliśmy ostre granie Giewontu przesłoniętego chmurami i rozjaśnione przebijającym się słońcem stoki Gubałówki. Po dłuższej sesji zdjęciowej ruszyliśmy w dalszą drogę. Siklawicą spływało sporo wody, więc zachwycała pięknem i potęgą. Na Polanie Strążyskiej czekała nas niespodzianka: przewalające się chmury odsłoniły szczyt Giewontu z charakterystycznym krzyżem. Podejście na Przełęcz w Grzybowcu to klasyczna "wyrypa", więc wszyscy je odczuliśmy. Na Wielkiej Polanie, przy żółtym szlaku spotkaliśmy ostatnie osoby z naszej grupy schodzące z Giewontu. Pogoda poskąpiła im widoków z góry, ale przy zejściu, w kosówce spotkali niedźwiedzia. Na szczęście miś wolał swoje ścieżki. Wracaliśmy bez strat i w przewidzianym czasie. Zmęczenie i przeżycia wkrótce ukołysały większość do snu.
Autorzy zdjęć: Michał Urbanek i Majka
Sobotę, 8 maja, spędziliśmy na Pogórzu Ciężkowickim. Pierwszy przystanek mieliśmy w Przeczycy. W Sanktuarium MB Przeczyckiej ksiądz proboszcz w ciepłych słowach przedstawił nam historię kultu cudownej figury. W pobliskim dworze Kaczorowskich (XIX w.) zaintrygowała nas sentencja nad drzwiami wejściowymi: "Szanuj przeszłość / przyszłość oddaj Bogu / uczciwie pracuj / na rodzinnym progu". W Jodłowej obejrzeliśmy najpierw cmentarz nr 231 z czasów I wojny światowej projektu Gustawa Rossmanna, a w Sanktuarium Dzieciątka Jezus czekał już na nas gospodarz parafii, by opowiedzieć nam o kulcie figury Bożej Dzieciny kiedyś i dziś. Ksiądz Zenon, nie szczędząc czasu tak cennego w przeddzień odpustu, oprowadził nas również po starym, zabytkowym kościele św. Stanisława BM. Kolejny przystanek mieliśmy w Ryglicach, gdzie rzuciliśmy okiem na barokowy pałac z 1656 r., rozbudowany przez Ankwiczów w XIX w., a położony w malowniczym parku. Przeszliśmy również na cmentarz wojskowy nr 167 projektowany przez Heinricha Scholza. Trochę czasu spędziliśmy na pochyłym ryglickim rynku, pięknie ostatnio urządzonym. Tu wspomniałam za Arturem S. Dubielem, autorem wspomnień "Miasteczko nad Szwedką", postać magistrackiego urzędnika Marcela Hilburgiera, który zdenerwowany koniecznością publicznego odczytania komunikatu, tak podzielił krótki tekst, że wyszło: "Obywatele bydło / zdycho burmistrz / zakazuje z niego / mięso jeść". Po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny przystanek wypadł nam w Tuchowie, w Sanktuarium Pani Ziemi Tarnowskiej. Po cichej, kontemplacyjnej, cudownej atmosferze sanktuariów w Przeczycy i Jodłowej tu wpadliśmy w pątniczy gwar i tłum. Zwiedziliśmy muzeum misyjne, obejrzeliśmy ruchomą szopkę i na koniec pokłoniliśmy się cudownemu wizerunkowi Maryi. Popołudnie spędziliśmy na wędrówce przez pasmo Brzanki. Z Jodłówki Tuchowskiej weszliśmy na Brzankę (534), by chwilę później wdrapać się na wieżę widokową. W położonej nieopodal bacówce był czas na posiłek i odpoczynek. Ciąg dalszy wędrówki grzbietem urozmaicały: widoki na dolinę Olszynki, bogata wiosenna flora oraz wychodnie skalne Ostrego Kamienia (527) zwanego też Pasią. Zeszliśmy do Żurowej, gdzie podziwialiśmy malownicze ostańce skalne Borówką nazywane. W położonych nieopodal Szerzynach obejrzeliśmy XVI-wieczny dwór obronny Ocieskich (dziś plebania), a w Święcanach cmentarz wojenny nr 30 projektu Johanna Jägera. Kto nie wystraszył się podmokłej łąki mógł jeszcze zobaczyć cmentarz nr 29, malowniczo położony na cyplu potoku Olszynka z piękną sentencją: "Przystańcie! Może między nami jest ten, kogo kochaliście". To był wyjazd pełen wrażeń.
Autorzy zdjęć: Jerzy Kumor, Renata Półzięć, Majka Zamorska.
17 kwietnia odwiedziliśmy Gorce. Podchodziliśmy z Koninek północnymi stokami, gdzie zalegało jeszcze sporo śniegu. Szczególnie za polaną Średnie. Tam, gdzie śnieg już zszedł, spod zeschniętej trawy sterczały krokusy. Z każdą polaną było ich coraz więcej. Przy schronisku PTTK im. W. Orkana pod Turbaczem zabawiliśmy dłużej. Po posiłku, odpoczynku i pamiątkowej fotografii ruszyliśmy do Łopusznej. Po drodze podeszliśmy pod kaplicę MB Królowej Gorców, by na symbolicznej mogile katyńskiej zapalić znicze ofiarom Katynia sprzed 70 lat i niedawnej katastrofy prezydenckiego samolotu. Na polanie Cyrlica znów przystanęliśmy, bo kwitnące krokusy utworzyły kobierzec w kolorze lila. Podobnie było w przysiółku Zarębek Wyżni. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Łopusznej, by zwiedzić drewniany XV-wieczny kościół św. Trójcy, odwiedzić grób ks. prof. J.Tischnera na miejscowym cmentarzu i rzucić okiem na zabytkowy dwór Tetmajerów.
Autorzy zdjęć: Gosia Mularz, Zbyszek Sewerniak, Marta Twardak, Michał Urbanek i Majka
Tradycyjnie już wielkopiątkową Drogę Krzyżową odbyliśmy w Bieszczadach na szlaku z Wołosatego na Tarnicę (1346). Korzystając z pięknej pogody zeszliśmy do Mucznego przez Krzemień (1335) i Bukowe Berdo (1311).
Autorzy zdjęć: Jacek Sitek, Michał Urbanek i Majka
16 stycznia b.r. udało nam się zrealizować planowany przez kilka sezonów wyjazd narciarsko-pieszy w rejon Karlikowa w Beskidzie Niskim. Zwykle brakowało chętnych lub śnieg nie dopisał. Tym razem przykrych niespodzianek nie było. Przy stacji narciarskiej w Karlikowie zostawiliśmy 11-tkę narciarzy. Na najbliższe 7 godzin mieli do dyspozycji dobrze przygotowany stok z wyciągiem długości 1200m. Piechurzy przejechali dalej do Rzepedzi, skąd ruszyliśmy na trasę. Do drewnianej cerkwi szliśmy doliną potoku Rzepedka (od wołoskiego repede - szybki, bystry) najstarszą częścią wsi. Cerkiew z 1824 r. reprezentuje styl wschodniołemkowski. W pełnym słońcu i skrzącym śniegu jej kopuły prezentowały się wspaniale. Zaraz za świątynią rozpoczęliśmy podejście na grzbiet Rzepedki, niewielkiego dwukulminacyjnego szczytu górującego nad wsią od północy. Niewielka warstwa śniegu nie utrudniała marszu. Szliśmy nieśpiesznie fotografując widoki i przyrodę w zimowej szacie. Grzbiet Rzepedki (708) jest szeroki i odkryty, więc czuliśmy się jak na bieszczadzkiej połoninie. Wiedzie tędy czarno-żółty szlak "Szwejkowski". Punkt widokowy przy końcu grzbietu opatrzony był tablicą ze złotymi myślami Dobrego Wojaka. Oto jedna z nich: "To była bardzo porządna niewiasta, tyle tylko, że była świnią, panie oberlejtnant". Przed Połońskim Wierchem (688) weszliśmy na zalesioną przełęcz. Las zimą z czapami śniegu i szadzią na gałęziach wyglądał iście bajkowo. Ze szczytu zaludnionego narciarzami zeszliśmy w głąb doliny Płonki. Tutaj, u stóp wschodnich stoków Tokarni (778), do Akcji "Wisła" istniała wieś Przybyszów. Dziś jedyny ślad po niej znaczą łemkowskie nagrobki na cerkwisku. Mając spory zapas czasu do odjazdu weszliśmy jeszcze na pobliski Kamień (717), szczyt z wychodniami skalnymi przy szlaku czerwonym do Komańczy. Wracając do autokaru, tuż przed Karlikowem, pożegnaliśmy zachodzące słońce.
Autorzy zdjęć: Majka (20) i Michał Urbanek (4).
W pierwszą sobotę października odwiedziliśmy część zachodnią Beskidu Sądeckiego. W paśmie Radziejowej (1266) wybrałam jego najmniej zalesioną część - grzbiet Koziarza (934), towarzyszący Dunajcowi na trasie z Krościenka po Łącko. Ruszyliśmy z dzielnicy Krościenka - Zawodzie głównym szlakiem beskidzkim "ku Dzwonkówce, Wielkiej Raczy przez Radziejową - na Prehybę". Tak szlak czerwony określił papież Jan Paweł II w trakcie słynnej "powtórki z geografii" do wiernych w Starym Sączu. Dzień wstał bezmgielny, więc w trakcie podejścia podziwialiśmy coraz to szerszą panoramę Pienin. Na polanie podszczytowej Dzwonkówki nad Pieninami ukazały się Tatry. Na Dzwonkówce (983) opuściliśmy szlak czerwony i żółtym ruszyliśmy na północ. Zaraz też pojawiły się rozległe polany, a za osiedlem Złotne weszliśmy na odkryty grzbiet, gdzie na brak widoków nie mogliśmy narzekać. W lewo w dół schodziły zalesione wąwozy aż do doliny Dunajca. W prawo odchodziły łagodne stoki, na których rozłożyły się przysiółki Obidzy. Między Błyszczem (945) a Jaworzynką (936) z krzyżówki szlaków do Tylmanowej odchodziły znaki zielone. My podeszliśmy stąd w kierunku Błyszcza na niewielkie wzniesienie, gdzie stoi ołtarz papieski. Na tym wzgórzu schodziły się grupy oazowe Ruchu "Światło-Życie". Tu 16 sierpnia 1972 r. na spotkaniu pojawił się ks. kardynał Karol Wojtyła. W trakcie mszy rozszalała się nawałnica z deszczem i gradem. Na pamiątkę tamtego wydarzenia w 2000 r. wzniesiono tu ołtarz ze stylowym dachem, a rok później - popiersie Papieża. Po dłuższym odpoczynku w tym sympatycznym miejscu ruszyliśmy w dalszą drogę. Ze stoków Jaworzynki i sąsiedniego Koziarza podziwialiśmy pasmo Radziejowej. Z kolei ze stoków Suchego Gronia (835) roztaczał się wspaniały widok na Gorce przedzielone doliną potoku Ochotnica. Pogoda dopisała, więc relaks był pełny. Zejście z Bukowiny do doliny Dunajca wiodło lasem. Tylko raz w prześwicie między drzewami dostrzegliśmy Łąck. Nad Dunajcem czekała nas niespodzianka. W tym miejscu nie ma mostu ani kładki. Mieszkańców Zawodzia Łąckiego i turystów na drugi brzeg przewozi niewielki prom. U przewoźnika zasięgnęliśmy informacji, gdzie w Łącku można nabyć miejscowy specjał, który "daje krzepę, krasi lica".
Zdjęcia do artykułu: Jurek Kumor, Majka Zamorska.
Tradycyjnie już pierwszy weekend września spędziliśmy na Ukrainie. Naszym celem pierwszego dnia była połonina Jasnowiec, z której mieliśmy zejść do przysiółka Horb w Kołoczawie przez Darwajkę. Za wejście na pasmo Piszkonii miał nam posłużyć sąsiedni grzbiet z Barwinkiem. Pogoda nie nastrajała optymistycznie. Co prawda świeciło momentami słońce, ale szczyty pasm wokół doliny Terebli spowijały gęste chmury. Spod cerkwi w Horbie ruszyliśmy między domostwami pasterskim płajem. Wyżej, bliżej lasu okazało się, że jesteśmy na znakowanym na czerwono szlaku, którym bez trudu dotarliśmy na najeżony wychodniami skalnymi grzbiet Barwinka. Jeszcze w lesie weszliśmy w chmury, ale liczyliśmy, że wiatr nad połoninami rozwieje je i odsłoni świat wokół. Nadzieje okazały się płonne. Mgła gęstniała z każdą chwilą, a w partii podszczytowej Negrowca (ok. 1690m n.p.m.) zerwał się lodowaty, porywisty wiatr, który siekł zmrożonym deszczem. W tych okolicznościach kontynuowanie marszu nie miało sensu. Wróciliśmy na grzbiet Barwinka, skąd zaproponowałam zejście nie południową, ale zachodnią stroną. Tak schodziliśmy dwa lata temu do wsi Negrowiec. Ścieżka, z początku doskonale widoczna, znikła nagle pod gałęziami zwalonych wiatrem drzew. Po półgodzinnym "chaszczowaniu" dotarliśmy do ściany lasu na znakowany szlak. We wsi odwiedziliśmy niewielki sklepik, gdzie miejscowym zwyczajem sprzedawano wódkę na kieliszki, wino na lampki i papierosy na sztuki, a kto chciał bez trudu dostał gorącą herbatę lub kawę, przygotowaną na zapleczu. Te zwyczaje szczególnie zaskoczyły tych, którzy Ukrainę odwiedzili po raz pierwszy.
Na drugi dzień zaplanowałam połoninny grzbiet w Bieszczadach Wschodnich, odchodzący na północ na wysokości Jawornika Wielkiego (1122), szczytu na głównym wododziałowym grzbiecie Karpat. Najłatwiej na Jawornik trafić z przełęczy Beskid na drodze z Wołowca do Sławska, ale stan drogi we wsi Skotarsko zweryfikował plany. Jako dojście na Jawornik wybraliśmy boczny grzbiet Fetacowa, schodzący do centrum wsi. Droga obok cerkwi wyprowadziła nas wprost na niego. Cały czas w trakcie podejścia mieliśmy masyw Borżawy za plecami, widoczny z każdym metrem w górę coraz lepiej. Tego dnia na brak widoków nie mogliśmy narzekać. Na zachodzie górował wyniosły Pikuj. Za nim z tyłu i bardziej na południe widać było dwuszczytową Holicę Lutańską i rozległą Połoninę Równą. Na Jaworniku zerknęliśmy na mapy, by sprawdzić drogi dojścia na odkryty grzbiet, który od jakiegoś czasu przykuwał nasz wzrok na północy. Po pamiątkowym zdjęciu zaczęliśmy schodzić wąską drogą leśną na przełęcz Pryslip (981). Tu, gdzie północny stok Jawornika styka się z południowymi stokami Staneszczy (1158), swoje początki biorą źródliskowe potoki Stryja. Z lasu porastającego przełęcz wychynęliśmy wprost na polanę z drogą biegnącą na grzbiet połoniny. Z niego dojrzeliśmy kolejne kulminacje Staneszczy, Płaju i Berda z nitką drogi grzbietowej między nimi. Ruszyliśmy połoniną z kwitnącymi goryczkami, podziwiając wspaniałe widoki na wschodzie. Od północy widać było najpierw Trościana nad Sławskiem a potem długi, ostatni grzbiet Bieszczadów, ciągnący się od Wielkiego Wierchu po Czorną Repę. Na Berdzie (1199) odsapnęliśmy dłużej. Był czas na zagotowanie wody, gorącą herbatę i kanapki. Z Berda schodziliśmy malowniczą granią porośniętą gęsto jarzębiną. Czerwień owoców aż prosiła się o zdjęcia. Po dołączeniu z lewej drogi z bocznego grzbietu Wałeczniny i minięciu Menczyła, weszliśmy w las, który doprowadził nas na rozległą polanę przełęczy pod Łysą (1022). Nowa droga omija szczyt po przeciwnej stronie szczytu. My weszliśmy na starą drogę pamiętającą czasy polskie, która doprowadziła nas do autokaru czekającego nad wsią Tucholka.
Zdjęcia do artykułu: Andrzej Boczar (5), Marek Grądzki (5), Mirosław Halemba (2), Urszula Nieroda (5), Zuzanna Nosal (2), Marta Twardak (1), Majka Zamorska (12).
8 sierpnia br. odwiedziliśmy Tatry Wysokie na Słowacji. Nad Łomnicki Staw (Skalnate pleso) dostaliśmy się wygodną kolejką gondolową za jedyne 8 €. Za kolejnych 20 można było wyjechać na Łomnicę (2634m n.p.m.), ale dopiero o 18.10, bo chętnych nie brakuje. Upał panujący w Tatrzańskiej Łomnicy ulotnił się wraz z wysokością. Gęsia skórka sugerowała, że należałoby się przeprosić z długimi nogawkami. Po pamiątkowych zdjęciach z jeziorkiem i majestatyczną Łomnicą w tle większość ruszyła szlakiem czerwonym obok budynku obserwatorium astronomicznego. Podejście utrudniały nie wszędzie uprzątnięte zwały rumoszu skalnego po zimowych lawinach. Zatrzymywaliśmy się też dla pięknych widoków na dolinę Popradu i sąsiednie Tatry Bielskie. Z przełęczy podeszliśmy na Rakuską Czubę zwaną przez naszych słowackich sąsiadów Velką Svistovką. Po drugiej stronie przełęczy piętrzyły się Kieżmarski Szczyt ze Złotą Turnią schodzące pionowymi ścianami na obie strony. W tej chwili jeszcze odsłonięte, ale znad Łomnicy ciągnęły już kłęby popielatych chmur. W dole widzieliśmy zarys zejścia serpentynami nad Zielony Staw Kieżmarski i dalszą drogę przez kosówkę nad Biały Staw. Zejście nie stanowiło problemu, za wyjątkiem krótkiego odcinka ukośnych bloków skalnych, gdzie dla ułatwienia zamontowano łańcuchy. Niektórzy nad łańcuchy preferowali zjazd na tyłku - szybciej i bezpieczniej, bo bliżej podłoża. W schronisku nad Zielonym stawem przekąsiliśmy co nieco i opieczętowali nasze mapki pamiątkowymi stemplami. W dalszej drodze zachwycił nas niewielki Trójkątny Staw ukryty wśród kosówki. Biały Staw jest chyba najpłytszym akwenem w Tatrach. Jego głębokość nie przekracza 60cm. To zachęciło niektórych do zapuszczenia się w głąb jeziorka po wystających z wody głazach. Nie zawsze była to przechadzka suchą stopą. Do pamiątkowej fotografii stanęliśmy w punkcie, gdzie zaczyna się czerwony szlak zwany Magistralą Tatrzańską. Długie zejście wzdłuż potoku Kieżmarskiej Białej Wody dało się wszystkim we znaki. Ostatni kilometr przebyliśmy terenem, gdzie w listopadzie 2004 r. wichura zamieniła górnoreglową puszczę w pustynię.
Autorzy zdjęć: Danusia Betleja, Majka i Michał Urbanek.

25 lipca br. odwiedziliśmy Słowacki Raj. Całą drogę na Słowację przebyliśmy w strugach deszczu. W trakcie krótkiego postoju w Stražkach rozpogodziło się. Korzystając z okazji obejrzeliśmy XV-wieczny kościół św. Anny z gotyckimi ołtarzami szafkowymi i średniowiecznymi malowidłami. Odwiedziliśmy też renesansowy zamek zwieńczony efektowną attyką w obszernym parku krajobrazowym. Na trasę ruszyliśmy spod romskiej osady na skraju wsi Letanovce. Romskie dzieci długo towarzyszyły nam domagając się słodyczy. Nad Hornadem nasza grupa rozdzieliła się. Większa część wybrała wariant dłuższy i atrakcyjniejszy o słynne "stupaczki" nad przełomem rzeki i najeżoną drabinami Klaštorską roklinę tzn. wąwóz. Reszta na polanę Klaštorisko podchodziła malowniczą ścieżką leśną. Po drodze podziwialiśmy żółto-fioletowe kobierce pszeńca gajowego, a polana powitała nas okazałymi kwiatostanami dziewanny, naparstnicy i lilii złotogłów. Tu odpoczęliśmy chwilę. W drodze do wąwozu Velky Kysel zahaczyliśmy o wodospad Obrovsky, do którego doprowadzają żółte znaki ciasną szczeliną. Po ostatnich ulewach z mostku nad wodospadem niewiele zostało i właśnie te dodatkowe trudności w jego pokonaniu najbardziej wszystkim przypadły do gustu. W wąwozie, na szlaku zielonym czekały nas wprawdzie jeszcze dwie pokaźne drabiny i sporo drewnianych kładek, ale nie sprawiły one najmniejszych problemów. W końcu wąwozu krótka, ale solidna ulewa zmusiła nas do założenia peleryn. Po wejściu na Małą Polanę znów zaświeciło słońce. Płaskowyżem Glac przeszliśmy nieśpiesznie i bez pośpiechu zeszliśmy do osady Pila. Ostatnim punktem programu była kąpiel w basenach z wodą termalną we Vrbovie. Nie wszyscy z niej skorzystali, bowiem od dwóch dni obowiązywał nowy cennik i za popołudniową wizytę trzeba było zapłacić 6,5 € (na uprzednie 3,5 byliśmy przygotowani). Ale strona internetowa kąpieliska tej cennej wiedzy nie zawierała.
Zdjęcia: Marta Twardak i Majka
.jpg)
27 czerwca, a więc w pierwszych dniach lata wybraliśmy się w Tatry. Podróż upłynęła w mniejszym lub większym deszczu i na zapoznawaniu się z różnymi wariantami wycieczek realizowanymi w oparciu o Zakopane, Dolinę Małej Łąki i Dolinę Kościeliską. W centrum Zakopanego zostały dwie osoby realizować wariant miejski. Najliczniejsza, bo 36-osobowa grupa zdecydowała się na przejście Czerwonych Wierchów a 12 osób wybrało warianty w Dolinie Kościeliskiej. Opiszę wariant z Czerwonymi Wierchami. Ruszyliśmy Doliną Małej Łąki w lekkiej mżawce, która po przecięciu czarnych znaków Ścieżki nad Reglami zamieniła się w kapuśniaczek. Naszą uwagę pochłaniała Wielka Polana różowa od kwitnącej miłosny górskiej, ostrożenia i bodziszka. Wraz z nabieraniem wysokości deszcz się nasilał, aby dość nieoczekiwanie, między Mnichowymi Turniami a Turnią Siodłową, ustać. W drodze na Kopę Kondracką (2009) pochowaliśmy peleryny, ale założyli kurtki, bo wiatr się nasilał. Mgły zrzedły i zeszły w dół w doliny, tak że przez całe Czerwone Wierchy mieliśmy widoki, co prawda ograniczone do najbliższych dolin i grzbietów, ale zawsze coś. Szliśmy terenami hal alpejskich, gdzie wśród traw turzycy mocnej i situ skuciny, kwitły kwiaty we wszystkich kolorach. Białe gęsiówki, dębiki i jaskry alpejskie przeplatały się z żółtymi pięciornikami i omiegami, szafirowymi sasankami wiosennymi, fiołkami dackimi i krzyżownicami górskimi. Na stokach Małołączniaka (2096) zachwyciły nas całe połacie pełnika siedmiogrodzkiego. Na Litworowej Przełęczy wyszły nam naprzeciw dwie kozice. Szły nieśpiesznie szlakiem prosto na nas, z ciekawością nas obserwując. Myśmy dosłownie zamarli zaskoczeni ich zachowaniem. Zaczęliśmy nawet przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu smakołyków, bo spotkanie z nimi wydawało się nieuchronne. Dopiero jakieś 10m od nas zboczyły ze ścieżki i przeszły nad grań. Do końca trasy rozpamiętywaliśmy to spotkanie. Na najwyższej w paśmie Krzesanicy (2122) odsapnęliśmy chwilę po dłuższym podejściu. Idąc w stronę Ciemniaka (2096), podziwialiśmy budzące grozę, ale i zachwyt, pionowe ściany kotła nad Dolinką Mułową. Na zejściu znów weszliśmy w strefę chmur i trzeba było założyć peleryny. Poniżej Chudej Turni wyszło słońce i otworzyły się niezłe widoki na Halę Miętusią od wschodu i Dolinę Kościeliską od zachodu. Pod malowniczymi skałkami Upłaziańskiej Kopy (1457) przysiedliśmy, by się posilić. Schodząc do Kir, przemyliśmy twarze w Miętusim Potoku i kupili oscypki u gaździny. Obiecaliśmy sobie też solennie, że wrócimy tu kiedyś jesienią, kiedy sit skucina na halach przebarwia się na czerwono nadając nazwę Czerwonym Wierchom. W drodze do Zakopanego wjechaliśmy w prawdziwą ulewę. Przed Krupówkami wsiadła do autokaru spora część naszej grupy, która ostatnie chwile w polskich Tatrach spędziła w ich stolicy.
Autorzy zdjęć: Danusia Betleja, Marta Twardak i Jurek Kumor.
Na długi czerwcowy weekend wyjechaliśmy na Ukrainę. Całonocny przejazd fatalnymi drogami dał się nam mocno we znaki. Optymistycznie nie nastrajał też padający deszcz. Jednakże już w godzinę po zakwaterowaniu w gospodarstwach agroturystycznych wyszło słońce, więc ruszyliśmy w głąb doliny Mołody. W planach mieliśmy Staw Grofecki, ale zapału starczyło na dojście do pustelni. Bracia zakonni opowiedzieli nam historię skitu św. Andrzeja, oprowadzili po swoim gospodarstwie i nawet chcieli nakarmić. Wróciliśmy do Osmołody, by nawiązać kontakty i oddać się życiu towarzyskiemu. Podjęliśmy też decyzję, że następnego dnia, niezależnie od pogody rankiem, ruszymy w góry na dwudniowe przejście do Rafajłowej z wejściem po drodze na najwyższą w Gorganach Sywulę (1836). Piątkowy ranek rzeczywiście wstał mglisty i deszczowy. Wiktor, właściciel "Arniki", gdzie spała część grupy, zaofiarował się z transportem w wyższe partie doliny Bystryka. Skwapliwie z tego skorzystaliśmy i zaraz po śniadaniu zajęliśmy miejsca w gruzowiku pod plandeką. W strugach deszczu, mocno rozjeżdżoną, błotnistą drogą przejechaliśmy ok. 15km. Jednym z bocznych grzbietów schodzących w dół z Kruhli Wiktor wyprowadził nas na Połoninę Ruszczynę, gdzie go pożegnaliśmy. Rozpogadzało się wraz z nabieraniem wysokości. Namioty rozbiliśmy wokół ruin polskiego schroniska i bez balastu ciężkich plecaków weszliśmy na Małą i Wielką Sywulę. Oglądaliśmy Gorgany od Doboszanki (1754) na wschodzie po Strimbę (1719) na zachodzie. W trakcie powrotu do obozowiska między Doboszanką a Wielką Bratkowską (1788) odsłoniła się na ostatnim planie Czarnohora i pasmo Świdowca na południu. Po posiłku, gawędach przy ognisku i efektownym zachodzie słońca udaliśmy się na spoczynek. W nocy szalała burza i mocno padało. Rankiem wokół namiotów bieliły się kopczyki śniegu, ale dzień wstał słoneczny. Słońce zresztą towarzyszyło nam przez całą trasę do Rafajłowej. Trasa jest łatwa orientacyjnie, bo większą część idzie się przecinką dawnej granicy polsko-czechosłowackiej (od słupka 20 na połoninie po 10 na Taupiszyrce). W Rafajłowej musiałam szukać miejscowego przewoźnika na powrót do Osmołody, bo nasz bus urwał koło na trasie dojazdowej. Niedzielne przedpołudnie spędziliśmy na przyjęciu weselnym. Dwa lata temu, na naszym wyjeździe w Gorgany poznało się i zakochało dwoje ludzi. W tym roku, na początku czerwca Bogusia i Staszek wzięli ślub, więc wypadało to uczcić. Młodą parę ubraliśmy w strój ukraiński i przy dźwiękach skocznej muzyki huculskiej bawiliśmy się do południa. W tym czasie ekipa mechaników przysłanych przez przewoźnika naprawiła uszkodzenie i już bez problemów wróciliśmy w przewidzianym czasie.
PS. Serdecznie dziękuję Julii i Wiktorowi Khudyakom za pomoc w przygotowaniu wesela.
Autorzy zdjęć: Paweł Betleja, Marcin Bosek, Staszek Dybich i Jacek Sitek.
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ!.
Sobotę 6 czerwca br. spędziliśmy na Pogórzu Rożnowskim. Pierwszy przystanek wypadł nam pod doskonale zachowanym renesansowym dworem Jeżowskich (XVI) w Wilczyskach. W niedalekim Bukowcu obejrzeliśmy cerkiew z Kamiannej przeniesioną tu w 1947 r. Odwiedziliśmy też rezerwat Diable Skały pełen malowniczych ostańców piaskowcowych. Zielony szlak zaprowadził nas do serca Pogórza Rożnowskiego, na Jamną (490). Pod kościołem MB Niezawodnej Nadziei obejrzeliśmy pomniki upamiętniające wydarzenia 1944 r.: partyzancką bitwę, jedną z większych w czasie II wojny światowej, i pacyfikację wsi. Odwiedziliśmy też Jamneńską Republikę Dominikańską. Ojciec Jan Góra był w Lednicy, ale to, co stworzył tutaj, mogliśmy bez trudu zobaczyć. Naszą uwagę skupiliśmy przede wszystkim na wspaniale wyposażonej bibliotece im. Romana Brandstaettera i pełnej pamiątek po papieżu Janie Pawle II kaplicy. Potem przeszliśmy do bacówki PTTK, która od 1996 r. jest wzorcowo prowadzona przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po posiłku i skosztowaniu wyśmienitego kwasu chlebowego zeszliśmy do Paleśnicy żółtym szlakiem. Autokarem przejechaliśmy do Rożnowa, gdzie czekało nas sporo atrakcji: zapora i zalew, ruiny zamku Gryfitów (XIII), pałac Stadnickich (XIX) i ruiny obronnej warowni Tarnowskich (XVI). Następnie przejechaliśmy nad Zalew Czchowski, by w Tropiu obejrzeć romański kościół (XII), najstarszy w dolinie Dunajca. Odbyliśmy też ciekawą wycieczkę do pustelni św. Andrzeja Świerada. W Zakliczynie stanęliśmy na największym po krakowskim rynku w Małopolsce - 170x100. Czas wolny część spożytkowała na posiłek, a pozostali odbyli wycieczkę do barokowego kościoła z cudownym obrazem MB Zakliczyńskiej i kaplicą Lanckorońskich. Wyjeżdżając z Zakliczyna objechaliśmy posiadłość Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach w otoczeniu wspaniałego parku krajobrazowego. W drodze do domu odwiedziliśmy dwa cmentarze z I wojny światowej nr 183 w Siemiechowie i nr 145 w Gromniku. Oba zaprojektował Henrich Schulz, główny projektant Okręgu VI "Tarnów".
Zdjęcia wykonał Michał Szarek z Gbisk (14 lat).
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ!.
Ostatni weekend maja spędziliśmy na pograniczu słowacko-węgierskim. W sobotnie przedpołudnie odwiedziliśmy Jaskinię Gombasecką. To niewielka jaskinia, a jej atutem jest oryginalna forma naciekowa w postaci cieniusieńkich makaroników zwisających ze stropu. Niektóre z nich osiągają długość ponad 2m. Biorąc pod uwagę niepewną pogodę zmieniliśmy dłuższą trasę Płaskowyżem Plesziwskim na krótszą Płaskowyżem Silickim. Ruszyliśmy bezpośrednio spod jaskini trasą stromo w górę. Po drodze towarzyszyły nam kwitnące lilie złotogłów. Na płaskowyżu podeszliśmy pod Silicką L'adnicę tzn. jaskinię lodową. Okazały sopel lodu, zwisający z otworu wejściowego i dojmujący chłód groty przed wejściem zrobiły duże wrażenie. Podobne wrażenie wywołał odkryty, trawiasty, kwitnący płaskowyż, który przebyliśmy w pełnym słońcu. Przed obiadokolacją odbyliśmy jeszcze mały spacer nad wielopoziomowe, trawertynowe sadzawki przed wejściem do Krasnohorskiej Jaskini. To jedna z nielicznych jaskiń, którą zwiedza się w małych grupach i ze specjalnym wyposażeniem (dwa przejścia nad wodą po linach). Zaliczyliśmy ją dwa lata temu, więc wiemy. Nocleg w pensjonacie "Józefina" bardzo nam przypadł do gustu. Plany na niedzielę musieliśmy zweryfikować, bo lało jak z cebra. Spotkanie z Aggteleckim Krasem na Węgrzech rozpoczęliśmy, zgodnie z planem, od Jaskini Baradla. To podziemny kompleks na pograniczu węgiersko-słowackim, który liczy ok. 25km korytarzy. Na terenie Węgier są trzy wejścia, z których my wybraliśmy wejście obok Czerwonego Jeziora (Vörös-to) na najdłuższą trasę zwiedzania. Myślę, że nikt nie żałuje 3000 forintów (ok. 11 euro), bo jaskinia jest wspaniała. Na trasie liczącej ponad 2km minęliśmy kilkanaście komnat o niepowtarzalnym wystroju, z najwyższym stalagmitem na Węgrzech liczącym ponad 19m wysokości zw. "Obserwatorium astronomiczne" (nam bardziej przypominał choinkę). W Sali Olbrzymów czekała nas niespodzianka - spektakl światła i dźwięku pod muzykę Vangelisa. Zrezygnowaliśmy z przejścia krasem i wróciliśmy na Słowację, by po drodze do Koszyc zwiedzić imponujące średniowieczne zamczysko Andrassy'ch, doskonale zachowane do naszych dni. Znając romantyczną historię miłości ostatniego z rodu, Denesza do śpiewaczki operowej Franciszki tym chętniej oglądaliśmy ich kaplicę grobową. W Koszycach spędziliśmy tylko godzinę, bo deszcz nie sprzyja spacerom.
Autorzy zdjęć: Janina Moskwa, Małgorzata Mularz i Marta Twardak.
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ!.
Dnia 16 maja pojechaliśmy na Roztocze. Po drodze zatrzymaliśmy się w Julinie by zobaczyć pałacyk myśliwski Potockich budowany w 2. połowie XIX w. z okazji wizyty arcyksięcia Rudolfa. Ten piękny obiekt w sercu lasów julińskich jest mocno zaniedbany. Kolejny przystanek wypadł nam nieopodal Nowej Sarzyny, gdzie oglądaliśmy kwitnące azalie pontyjskie w rezerwacie "Kołacznia". To jedyne naturalne stanowisko tej rośliny na terenach polskich. Na dłużej zatrzymaliśmy się w Rudniku nad Sanem. Tu podziwialiśmy niesamowite budowle z wikliny, pokłosie I Międzynarodowego Sympozjum Form Przestrzennych w Wiklinie. Zaznajamianie się z Roztoczem rozpoczęliśmy w Zaklikowie. Na miejscowym cmentarzu stoi drewniany kościółek św. Anny obity tabliczkami trumiennymi. Najstarsze pochodzą z okresu międzywojennego. Potem wjechaliśmy do Parku Krajobrazowego Lasów Janowskich, by w Gwizdowie ruszyć na trasę ścieżki dydaktycznej wiodącej przez rezerwat "Imielty Ług". Lasem doszliśmy do grobli, rozdzielającej dwa stawy Radełko i Imielty Ług. Grobla zaprowadziła nas na Dużą Grępę, piaszczystą wydmę porośniętą lasem sosnowym. Stąd drewnianymi pomostami przeszliśmy nad mokradłami do punktu widokowego nad torfowiskiem wysokim. Duża Grępa kończy się cyplem, z którego krótkie molo prowadzi na platformę widokową nad taflą stawu Imielty Ług. Rezerwat tętnił życiem, jak to w okresie lęgowym ptaków. Kolejny przystanek wypadł w Janowie Lubelskim, gdzie odwiedziliśmy Sanktuarium MB Łaskawej. Czas wolny można było spędzić na terenach przygotowanych dla pątników lub na zadbanym janowskim rynku. Stąd ponownie udaliśmy się w Lasy Janowskie, by odwiedzić najpierw ostoję konika biłgorajskiego w Szklarni, a potem miejsce związane z największą bitwą partyzancką II wojny światowej na terenach polskich. Półgodzinne przejście szlakiem turystycznym przez Porytowe Wzgórze skończyliśmy nad Branwią pod monumentalnym pomnikiem B. Chromego. Ostatnim miejscem naszego pobytu na Roztoczu była niewielka wieś Momoty Górne. Tu oglądaliśmy drewniany kościółek z 1975 r. - dzieło życia pierwszego proboszcza tej parafii śp. ks. Kazimierza Pińciurka. Kościół powstał bez planów i zezwoleń. Cały wystrój wnętrza wykonał własnoręcznie ksiądz Pińciurek, który wcześniej, jak sam mawiał, nawet deski nie potrafił przepiłować. Pogoda udała się nad wyraz. Mimo pochmurnego dnia kilka razy zaświeciło słońce, a deszcz poczekał aż wsiądziemy do autokaru.
Tekst: Majka
Zdjęcia: Jerzy Kumor, Małgorzata Mularz i Majka
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ!.
18 kwietnia odwiedziliśmy Gorce. Najpierw zatrzymaliśmy się w Kamienicy, wsi położonej w dolinie rzeki o tej samej nazwie na granicy Beskidu Wyspowego i Gorców. Obejrzeliśmy w niej dwór Maksymiliana Marszałkowicza z 1. połowy XIX w. i kaplicę grobową Szalayów na miejscowym cmentarzu. Na trasę ruszyliśmy w Rzekach. Na Gorc (1228m n.p.m.) wyprowadził nas szlak niebieski przez malownicze polany Świnkówka i Gorc Kamienicki. Z obu oglądaliśmy panoramę Tatr. Za Gorcem weszliśmy na szlak zielony, którym przeszliśmy na polanę Przysłop Dolny. Szliśmy gęstym lasem po ubitym śniegu. Do Ochotnicy Górnej zeszliśmy szlakiem żółtym obok schroniska studenckiego "Hawiarska Koliba", które gościło akurat uczestników III Festiwalu Młodych Podróżników. Jednym z nich był Andrzej Budnik, którego pokaz zdjęć z trekkingu wokół Annapurny w Himalajach mogliśmy obejrzeć w Krośnie w poniedziałek 20 kwietnia. Tym razem nie było polan fioletowych od krokusów. W tym rejonie kwitnie ich mniej. Za to Świnkówka bieliła się od zawilców, a zachodnie stoki Gorca Kamienickiego usłane były przebiśniegami. Kwitł też żywiec gruczołowaty oraz pierwsze pierwiosnki i kaczeńce na łąkach przy potokach.
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ! (wymagany program Winrar, do ściągnięcia stąd!).
Tradycyjnie już w Wielki Piątek uczestniczyliśmy w Drodze Krzyżowej na Tarnicę w Bieszczadach. Na trasę ruszyliśmy w Wołosatem, by najkrótszą drogą dotrzec na najwyższy szczyt Bieszczadów - Tarnicę (1346m n.p.m.). Zeszliśmy dłuższym wariantem przez Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych.
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ! (wymagany program Winrar, do ściągnięcia stąd!).







